W Katowickim pogotowiu ratunkowym dyrekcja robi co może, żeby pogorszyć panujące tam warunki pracy i nie wypłacać należnych pracownikom świadczeń.
Zaczęło się od zmiany dyrektora. Ustępujący dyrektor twierdził, że sytuacja finansowa placówki jest dobra. Pogotowie miało zaoszczędzić w zeszłym roku dwa miliony złotych. Kwota ta miała zostać przeznaczona na wypłaty dodatkowych świadczeń. Następca, Artur Borowicz szybko zmienił zdanie po tym, jak kontrola Państwowej Inspekcji Pracy ujawniła nieprawidłowości przy wypłacaniu pieniędzy za dodatkowe dyżury dla zespołów ratowniczych. Kara, jaką PiP przywalił dyrektorowi, oraz zaległości z odsetkami, nadwerężyły dobry wynik. Tak twierdzi dyrekcja, uzasadniając wycofanie się z obietnic wypłaty pracownikom nagrody rocznej, a także zakupu nowych karetek i podwyżek płac. Oszczędności pogotowia nie biorą się tylko z Narodowego Funduszu Zdrowia. Składają się na nie również komercyjne wyjazdy, medyczne obsługi masowych imprez, a także kontrakty z przychodniami pierwszego kontaktu. Obroty rzędu 60 milionów rocznie nie przekładają się na zarobki ratowników. Pensja ratownika z Katowic jest jedną z najniższych w Polsce i wynosi niewiele powyżej tysiąca złotych.
Gdzie zniknęły zarobione przez pogotowie pieniądze? Rozpoczęta jeszcze za poprzedniej dyrekcji inwestycja, polegająca na rozbudowie pogotowia, wyposażenia go w nowe garaże oraz dyżurki została, owszem, dokończona. Nie mogą z niej jednak korzystać ratownicy. Całe nowe skrzydło poszło na biura. Nowy dyrektor zwiększył liczbę pracowników biurowych, wymienił wszystkich swoich zastępców oraz zlikwidował mieszczący się dotąd w Chorzowie punkt technicznej obsługi karetek, przenosząc go do nowych garaży w Katowicach. Część karetek stoi więc, jak dotąd, na wolnym powietrzu.
Dyrekcja chce wypłacić świadczenia ratownikom. Problem w tym, że tylko połowę. Kolejną proponuje wypłacić w styczniu. Nie daje na to jednak żadnych gwarancji. Działający w pogotowiu "Sierpień 80" wszczął spór zbiorowy. Związkowcy domagają się wypłaty całej nagrody jeszcze w grudniu, zgodnie z wcześniejszymi uzgodnieniami oraz podwyżek rzędu trzydziestu procent, które miałyby być wypłacane od marca przyszłego roku oraz włączenia tegorocznych podwyżek do płacy zasadniczej, co pracownicy mieli wcześniej obiecane.
Nawet zrealizowanie tych postulatów nie zakończy problemów pracowników pogotowia. W przewidzianych na przyszły rok kontraktach ZFZ, dotyczących zespołów ratowniczych nie uwzględniono... kierowców karetek. Zespół ma być co najmniej dwuosobowy. Już szkoleni są ratownicy, których rolą będzie siedzenie za kierownicą karetki. Nie pomogą więc ratownikowi w zajmowaniu się pacjentem. NFZ oszczędza więc, jak zwykle, na ludzkim zdrowiu. Już zmiana w kontraktach, polegająca na tym, że z zespołów ratownictwa medycznego wycofano lekarzy, a miejsce kierownika zespołu zajął ratownik lub pielęgniarka, jest, zdaniem pracowników, krzywdząca dla zespołów. Za zmianą nie poszła oczywiście żadna gratyfikacja finansowa, a obowiązki lekarza przejął ratownik, zarabiający nawet dziesięciokrotnie mniej.
Sytuacja w służbie zdrowia może więc być w przyszłym roku jeszcze bardziej dramatyczna, z pewnością dla pracowników, w imieniu których nigdy nie wypowie się wszechobecny w telewizji Krzysztof Bukiel.