Rozmowa z Sylwią Wnuk, przewodniczącą Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w szpitalu na ul. Barskiej 16/20 w Warszawie.
Dlaczego zdecydowały się Panie na pikietę pod szpitalem, żądając wyższych płac? Nie można było po prostu porozmawiać z dyrektorem?
Od wielu lat pracownicy szpitala na Barskiej, szczególnie pielęgniarki, mają najniższe zarobki z warszawskich szpitali. Nie po raz pierwszy domagamy się podwyżek. W grudniu 2000 r. zostałyśmy zmuszone do odejścia od łóżek pacjentów na dwie godziny. Zgodnie z prawem, mogłybyśmy odejść i na osiem godzin, ale powstrzymywało nas przed tak drastycznym działaniem poczucie odpowiedzialności za pacjentów, bo to uderzyłoby przede wszystkich w nich. Potem przez dwie godziny stałyśmy pod gabinetem dyrektora, domagając się, by w tym czasie opieką nad pacjentami zajęli się lekarze. Okazało się, że taka forma protestu nie przynosi efektu. To jedynie sygnał dla dyrekcji, że jesteśmy gotowe walczyć, ale nie szkodzimy pacjentom ani szpitalowi. Podobnie było zresztą w wielu innych szpitalach.
A potem?
Jako OZZPiP jesteśmy w sporze zbiorowym od 8 maja br. Zakończyliśmy etap negocjacji i podpisaliśmy protokół rozbieżności. Dyrekcja upiera się, że pieniędzy nie ma, ale nie przeszkadzało jej to przyznać podwyżek lekarzom z naszego szpitala. Czekamy na mediatora. Jesteśmy oburzone, że dyrekcja szpitala przyznaje podwyżki jednej grupie zawodowej, a inną uparcie pomija.
Pielęgniarki masowo wyjeżdżają do pracy za granicę, gdzie mogą liczyć na godne płace. Mówi się o narastającym w Polsce braku personelu medycznego. I w takiej sytuacji kierownictwa placówek ochrony zdrowia nie mają pieniędzy na podniesienie zarobków i zatrzymanie tych, którzy jeszcze zostali w Polsce?
Braki kadrowe są bardzo odczuwalne, zwłaszcza w naszym szpitalu. Głównym powodem są niskie zarobki. W tej sytuacji pielęgniarki pracują pod ciągłym zagrożeniem odpowiedzialnością karną. Trzeba pamiętać, że my - w przeciwieństwie do decydentów, którym się wydaje, że odpowiadają wyłącznie przed Bogiem - za wszelkie błędy odpowiadamy przed prokuratorem. Tu chodzi o zdrowie i życie ludzi. Na Barskiej przypada jedna dyżurująca pielęgniarka na 50 pacjentów, przeważnie obłożnie chorych i wymagających nieustannego dozoru i opieki. Do tego są dwa miejsca na Oddziale Intensywniej Opieki Medycznej, gdzie ludzie leżą pod respiratorami. I jedna pielęgniarka, która ma obowiązek to wszystko sama ogarnąć. Może się przecież zdarzyć, że pacjent wymaga reanimacji - wtedy pielęgniarka nie woła lekarza, lecz natychmiast sama podejmuje reanimację, bo ma taki obowiązek. A jeśli zdarzą się dwa takie zdarzenia w tej samej chwili? Mimo tego, dyrekcja jakoś nie dostrzega konieczności zwiększenia zatrudnienia.
Czy alarmowały Panie dyrekcję szpitala, że taka sytuacja zagraża bezpieczeństwu pacjentów?
Wielokrotnie. Na przykład w 2004 r. jako OZZPiP przekazałyśmy pismo, iż decyzja, że na 12-godzinny dyżur z 50 pacjentami pod opieką wyznacza się jedną pielęgniarkę, to faktycznie brak opieki nad pacjentami. Nic się nie zmieniło do tej pory. Jedyny efekt, to zastraszanie i represje, również wobec mnie, jako przewodniczącej Związku - nie przedłużono mi umowy o pracę. We wspomnianym piśmie napisałyśmy m.in.: "Brak przewidywania sytuacji, w której więcej niż jeden pacjent wymaga interwencji pielęgniarki w sytuacji zagrożenia życia, i pozostawienie jej na zasadzie, że sobie poradzi, skutkuje realnym zagrożeniem spotkania z profesjonalnie przygotowanym do stawiania zarzutów prokuratorem". Na dyżurze każda z nas się modli, by się wreszcie skończył i nie było prokuratora. Decyzje podejmuje bowiem kierownictwo, ale odpowiedzialność ponosi pielęgniarka.
Czyli może być tak, że tych 50 pacjentów "powypadkowych" plus osoby leżące na OIOM-ie mogą liczyć wyłącznie na ewentualną pomoc jednej pielęgniarki, która jest np. pod koniec 12-godzinnego dyżuru?
W rzeczywistości nasze dyżury bywają dłuższe niż te 12 godzin, bo za 12 godzin mamy płacone. Do czasu pracy nie wlicza się nam jednak zdawania dyżuru i przejmowania go od osoby schodzącej z dyżuru, co niekiedy trwa i ponad godzinę. Jest to czas nieopłacany przez pracodawcę, mimo że wykonujemy wtedy nasze obowiązki. Nazywamy to "zakładką dyżurową". To również nas frustruje. Domagałyśmy się uwzględnienia tego w płacach, proponując uśrednienie owej "zakładki" i wliczenie jej do podstawy wynagrodzenia. Bezskutecznie.
Czy będą Panie podejmowały inne formy protestu, by wreszcie dyrekcja zrealizowała wasze postulaty?
Do tej pory dyrekcja zakładała, że pielęgniarki mają być cicho, pracować za najniższą pensję, bo inaczej są zastraszane. Nasza praca nie polega na tym, że o godz. 16:00 chowa się papierki do biurka i zamyka za sobą drzwi. To odpowiedzialność za ludzkie zdrowie i życie przez 12 godzin na dobę. Więcej już zastraszać się nie pozwolimy!