Górnicy od dawna oczekiwali na spotkanie z Ministrem Gospodarki. Do spotkania w końcu doszło.
Stronę rządową reprezentowali Steinhoff i Komołowski oraz pomniejsi urzędnicy Szlązak i Karbownik. Pomimo takiej reprezentacji, ministrowie nie mieli związkowcom nic do powiedzenia, oprócz od dawna powtarzanych komunałów. Steinhoff do znudzenia opowiadał o tym, że program, który ma doprowadzić do zamknięcia większości z czynnych polskich kopalń, drastycznego ograniczenia mocy produkcyjnych i likwidacji tysięcy miejsc pracy to program reformy. Już się do tego przyzwyczailiśmy, że kiedy AWS -owsy ministrowie, mówią rozwój oznacza to regres, kiedy mówią miejsca pracy mają na myśli ich likwidację, kiedy mówią o potrzebie dialogu prą do konfrontacji. Swoim oświadczeniem, że program, który jest realizowany nie będzie zmieniony Steinhoff jednoznacznie przekreślił jakiekolwiek szanse na dialog. Minister Gospodarki chce bowiem wciągnąć związki zawodowe do monitorowania programu, który w rzeczywistości stanowi program likwidacji branży. Pozorowanej dyskusji na temat kosmetyki i nic nie znaczących korekt nie można traktować jako poważnej oferty, którą mogłyby przyjąć szanujące się związki zawodowe. WZZ "Sierpień 80 a także pozostałe związki zrzeszone w tak zwanej ,,dwunastce od początku bowiem żądały nie korekt w programie rządowym, lecz poważnej i rzeczowej dyskusji na temat rzeczywistego programu sanacji branży, który gwarantować będzie górnictwu rozwój, a zatrudnionym w nim pracownikom stałe, pewne i dobrze opłacane miejsce pracy. Program rządowy, za którym stoi AWS i "Solidarność stawia sobie dokładnie przeciwne cele. Zamiast czynić z polskiego górnictwa węgla kamiennego, koło zamachowe służące rozwojowi narodowej gospodarki, zamiast wykorzystywać otwierające się możliwości uczynienia z polskiego górnictwa zaplecza surowcowego Europy i skorzystać z możliwości wejścia z naszym węglem na chłonne rynki europejskie, likwiduje się definitywnie polskie górnictwo. Likwidacja potencjału wydobywczego i miejsc pracy ma się odbywać dodatkowo na koszt całego społeczeństwa, nie tylko z własnych środków budżetowych, ale na koszt zaciąganych w tym celu ogromnych kredytów z Banku Światowego, który będziemy musieli zwrócić. Ministerialni kuglarze wmawiają społeczeństwu, że ich reforma jest konieczna, ponieważ dziś całe społeczeństwo dopłaca do każdej wydobytej tony węgla. Stosując tę przewrotną, iście gebelsowską, propagandę, wmawia się pracownikom służby zdrowia, nauczycielom, emerytom, że to oni dopłacają z własnych kieszeni do każdej wydobytej tony polskiego węgla. Jeszcze więcej każdy z nas ma również - podobno - dopłacać do każdej wyeksportowanej tony węgla. Najlepiej więc tokują dalej ministrowie, przestać wydobywać węgiel i koniecznie przestać go eksportować.
Taka decyzja natychmiast przyniesie nam czysty zysk i sprawi, że każdy obywatel uwolniony od ciężaru łożenia na deficytowe górnictwo od razu odczuje jaki jest bogaty. Oczywiście 14 mld, które według rządu budżet ma przeznaczyć na górnictwo i setki milionów dolarów, (mowa jest nawet o 1 mld USD, kredytu z Banku Światowego) może być w górnictwie topione, bo pieniądze te mają być przeznaczone na "zbożny cel, jakim jest zdaniem ministrów, zamykanie kopalń, likwidacja istniejących miejsc pracy i przerabianie mających utrzymanie i pracę górników, na bezrobotnych dziadów - klientów opieki społecznej i przyszłych podopiecznych opiekuna polskich bezdomnych Ojca Palecznego. Obowiązującym w Polsce modelem restrukturyzacji zakładów jest bowiem wyrzucanie ludzi za bramę tego zakładu. W przypadku górnictwa restrukturyzacja jest dwufazowa. W fazie pierwszej górnicy mają z kopalń odejść. W fazie drugiej kopalnie mają być definitywnie zamknięte. Po co naszym zagranicznym konkurentom, którzy w ciągu ostatnich kilku lat zwiększyli wydobycie swojego węgla kamiennego i jego sprzedaż na potężny rynek zachodnioeuropejski, czynne polskie kopalnie. Dlatego 14 miliardów złotych budżetowych pieniędzy użytych ma być na zamykanie kopalń, zachęcanie górników do odchodzenia z pracy i usuwanie się Polski z chłonnego rynku europejskiego, a także zaprzestania wydobywania węgla na rynek krajowy gdzie ma on być zastąpiony rosyjskim gazem.
To, że produkcja energii z gazu jest około trzykrotnie droższa niż z węgla nie interesuje nikogo. Być może zainteresuje to społeczeństwo, w imieniu którego podobno dzisiaj likwiduje się polski węgiel, wtedy kiedy będzie musiało ono płacić wielokrotnie drożej za energię produkowaną z rosyjskiego gazu lub kupowaną w zachodnioeuropejskich elektrowniach (szczegółowe porównanie kosztów wytworzenia jednostki energii z różnych nośników przedstawiamy w ramce obok).
Według ostrożnych wyliczeń energia produkowana z gazu jest więc dwu lub trzykrotnie droższa niż energia produkowana z węgla kamiennego. Polska z kraju, który szczycił się samowystarczalnością energetyczną, posiadając wystarczającą ilość zasobów nośników energii w postaci złóż węgla kamiennego i brunatnego, w wyniku tej tak zwanej reformy AWS - owskich ministrów stanie się krajem, który nie tylko zostanie wypchnięty z eksportu tego surowca lub energii z niego uzyskiwanej, ale nie będzie go produkował w ilości zaspakajającej nasze własne krajowe potrzeby. Według autorów programu w roku 2020 górnictwo ma produkować nie więcej niż 70 mln ton, zatrudniając 54600 górników. Jak widać ministrowi Komołowskiemu wcale nie przeszkadza to, że program we wspieranie, którego tak bardzo się zaangażował głównie stawia sobie za cel produkowanie bezrobotnych i klientów podległej mu opieki społecznej. Ciężar zamykania kopalń, likwidacji setek tysięcy miejsc pracy ma więc ponieść polskie społeczeństwo, po to aby później finansować utrzymywanie bezrobotnych i nie posiadających środków do życia ludzi, których miejsca pracy dzisiaj na koszt tego społeczeństwa właśnie są likwidowane. Zaiste dziwna to logika właściwa umysłowo chorym lub wysługującym się interesom na pewno nie polskiego społeczeństwa. Likwidacja górnictwa oznacza nie tylko upadek tej branży. Tak się dziwnie składa, że transport węgla ze Śląska na wybrzeże kosztuje więcej niż przewóz takiej samej tony węgla z Australii na przykład do Amsterdamu. Koszt przewozu tony węgla ze Śląska na wybrzeże wynosi od 14 do 16 USD. Polskie Koleje Państwowe, które notują stały deficyt na przewozach pasażerskich ratują się więc przewozami towarowymi. Dzięki temu mniejsze są budżetowe dotacje do PKP. Upadek górnictwa i spadek przewozów towarowych, wśród których dominuje właśnie węgiel oznacza więc, także masowe zwolnienia na przykład w PKP. Mimo tego że rentowność przewozów towarowych PKP jest rekordowo wysoka i wynosi około 50% budżet państwa dopłacił do tego przedsiębiorstwa w roku ubiegłym 560 mln złotych, w roku bieżącym kwotę podobną, a do całkowitego wyrównania deficytu w przewozach pasażerskich PKP potrzebuje w tym roku aż 3 mld złotych. Życzmy więc ,,powodzenia AWS -owi w zlikwidowaniu polskiego górnictwa, bo oznacza to natychmiastowy upadek Polskich Kolei Państwowych co spowoduje, że zgodnie z logiką solidaruchów natychmiast wszyscy będziemy jeszcze bardziej bogaci. Szczególnie więc z likwidacji górnictwa już dzisiaj powinni ,,cieszyć się kolejarze. Ale nie tylko oni. Według szacunków jedno miejsce w górnictwie węgla kamiennego generuje około 4 miejsc pracy w otoczeniu branży. Oznacza to, że około 100 tysięcy zlikwidowanych miejsc pracy w kopalniach, to bez mała pół miliona dodatkowych, nowych bezrobotnych. Śmiesznie i żałośnie wyglądają wobec tych liczb deklaracje rządu o tworzeniu nowych miejsc pracy i przeznaczonych na ten cel znikomych środków, które i tak przechwytywane są i pochłaniane przez różnego rodzaju geszefciarskie instytucje zajmujące się nic nikomu nie dającym doradztwem, przekwalifikowaniem lub organizowaniem głupawych konferencji i sympozjów. Komołowski tymczasem śpiewa starą piosenkę o tym, że sytuacja na rynku pracy Śląska "nie jest najgorsza gdyż wskaźnik bezrobocia wynosi tu 6,3%, podczas gdy są regiony w których osiąga on nawet 20%. Chcemy Komołowskiemu poradzić, aby następne swoje wystąpienia zaczynał od tego, że sytuacja w całej Polsce nie jest wcale najgorsza, bo są przecież takie miejsca na świecie gdzie miliony ludzi cierpi głód, np. Somalia, a jedynym sposobem zdobywania żywności jest wyrąbywanie jej sobie maczetą wśród współplemieńców, podczas zrzutów dokonywanych przez organizacje walczące z głodem. Polska gdzie tej zimy zamarzło już ponad 200 osób, nie jest więc najgorszym miejscem na ziemi. Choć kierunek przyjęty przez obecnie rządzącą nami koalicję, a także kolejne reformy wymyślone w AWS-owsko, UW-olskich łbach i tak skwapliwie podpisywane przez marionetkowego prezydenta, skutecznie nas do tego przybliżają.