NR 286
29 października 2008
Jest koalicja w sprawie pomostówek
Powstrzymać rząd
Patryk Kosela
WZZ „Sierpień 80”, KNSZZ „Solidarność 80”, ZZ Pracowników Ratownictwa Medycznego, Związek Rybaków Polskich oraz Ogólnopolski Komitet Protestacyjny Rybaków zapowiadają walkę w obronie zagrożonych interesów pracowniczych. Powołano w tym celu wspólny Komitet Protestacyjny. Zadaniem głównym ma tu być przeciwstawienie się rządowym planom wprowadzenia odbierającej blisko milionowi pracowników prawa do wcześniejszych emerytur ustawy o emeryturach pomostowych.
– Komitet Protestacyjny nie dopuści do wprowadzenia rządowego projektu emerytur pomostowych – zapowiedział na wspólnej konferencji prasowej Bogusław Ziętek, szef władz krajowych „Sierpnia 80”. Jego zdaniem, projekt odbierający uprawnienia emerytalne około 700 tys. ludzi jest „z gruntu zły i niekonstytucyjny”. – Jeżeli ktoś ryzykował, podejmując zatrudnienie w szczególnych warunkach, mając na uwadze to, że dzięki temu uzyska wcześniejszą emeryturę, to dzisiaj tego prawa nie wolno go pozbawić – mówił Ziętek. – Byłoby to działanie prawa wstecz – dodał.
Wezwano też i inne centrale związkowe do wspólnego protestu, który wtedy na pewno da siłę i oczekiwane zwycięstwo. Zaproszenie poszło do NSZZ „Solidarność”, OPZZ i Forum Związków Zawodowych. Jeśli jednak nie uda się utworzyć wspólnego frontu, wówczas działacze opowiedzą się za zawetowaniem ustawy przez prezydenta RP.
Już 28 października związkowcy w Warszawie ustalą harmonogram protestów. Wiadome jest to, że w dniu głosowania projektu ustawy przed Sejmem odbędzie się demonstracja Wolnego Związku Zawodowego „Sierpień 80” i pozostałych 4 organizacji. Związek już wcześniej zaapelował do prezydenta Lecha Kaczyńskiego o ewentualne zawetowanie ustawy i, co więcej, wyjście z inicjatywą ustawodawczą, tak by przedłużyć dotychczas obowiązujące zasady przechodzenia na wcześniejsze emerytury co najmniej o rok, aby w tym czasie podjąć rzeczywisty dialog w tej sprawie. Kaczyński zapowiedział, że tak właśnie postąpi.
Dwa kodeksy, jeden gniot
„Wychodząc naprzeciw postulatom partnerów społecznych oraz zainteresowanych osób i instytucji zamieszczamy projekty indywidualnego i zbiorowego kodeksu prawa pracy, przygotowane przez Komisję Kodyfikacyjną Prawa Pracy” – napisano na stronie internetowej Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, upubliczniając tym samym dwa projekty Kodeksu Pracy przygotowane przez, jak to określono, „niezależnych ekspertów”.
Na czele tych „ekspertów” stał prof. Michał Seweryński – człowiek niezwykle „niezależny”. Tylko czy polityk może być niezależny? Profesor Seweryński w 2004 r. bez powodzenia kandydował w wyborach do Parlamentu Europejskiego z ramienia Narodowego Komitetu Wyborczego Wyborców, zorganizowanego przez Macieja Płażyńskiego. W 2005 r. wszedł w skład Honorowego Komitetu Poparcia Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Był ministrem edukacji narodowej i nauki, a następnie nauki i szkolnictwa wyższego. Obecnie przewodniczy Krajowej Radzie Katolików Świeckich i wchodził w skład Papieskiej Rady ds. Świeckich.
Komisję Kodyfikacyjną Prawa Pracy powołał w 2002 r. SLD-owski rząd Leszka Millera, na wniosek Jerzego Hausnera, ówczesnego szefa MPiPS. Kadencja Komisji skończyła się po 4 latach, w październiku 2006 r., a raport z działalności oddany PiS-owskiemu premierowi, Jarosławowi Kaczyńskiemu. Dziś, po 2 latach od tamtego momentu owoc jej pracy został przyjęty przez rząd PO-PSL. Wkrótce może on trafić do Sejmu.
Powstały w sumie dwa kodeksy. Jeden indywidualny, drugi zaś zbiorowy. Jest też w nich pojęcie nowej kategorii pracowników: domowych i rodzinnych. Domowymi są nianie, którym pracodawca płaci, prócz pieniędzy, także wiktem i opierunkiem. Rodzinnymi są osoby spokrewnione z pracodawcą.
Zapowiadają się gruntowne zmiany w krajowym prawie pracy. Takie, które nie służą pracownikom, za to są bardzo na rękę pracodawcom. Sprawa pierwsza: strajk. Ten stanie się bardziej rzadki, niż występowanie żubra w Polsce. Pracodawca będzie mógł wstrzymać strajk załogi, gdy będzie on zagrażał „bezpieczeństwu publicznemu”. Łatwo się można domyślić, że warunek ten będzie nadmiernie wykorzystywany. Strajk w Tesco nie, bo zagraża on bezpieczeństwu publicznemu poprzez niemożność zakupienia w tym czasie przez daną osobę jogurtu z kulturami bakterii na odchudzanie. Strajk w Mastercooku nie, bo brak lodówek zagraża bezpieczeństwu publicznemu. Już dzisiaj tam, gdzie wybucha strajk, pracodawca mówi, że jest on nielegalny. Przykładów tu sporo – choćby „Budryk”. Co więcej, projekt umożliwia zastosowanie lokautu, czyli zwolnienia wszystkich pracowników w związku ze strajkiem. To powrót do prawa rodem z XIX wieku!
Nowe zapisy prawa ograniczają ochronę przed zwolnieniem. Łatwiej będzie zwolnić nie tylko związkowca, ale i posła, radnego czy radcę prawnego. Osoba taka zostanie zwolniona bez konsultacji. W przypadku działacza związkowego na nic się zda opinia zakładowej organizacji związkowej.
Dobrem płynącym z nowego prawa ma być ograniczenie czasu obowiązywania umowy o pracę na czas określony. Dzisiaj dopiero 3 umowa musi być umową na czas nieokreślony. Teraz maksymalny okres trwania umów określonych ma wynosić 3 lata. Ale gdzie jest uwzględniony postulat WZZ „Sierpień 80” i OZZ Inicjatywa Pracownicza złożony 2 lata temu, by radykalnie ograniczyć możliwość zawierania z pracownikiem umów cywilnoprawnych? Nie ma. Jest za to kolejny bonus dla pracodawców. Będą krócej wypłacać wynagrodzenie w okresie choroby ich pracownika. Obowiązek ten spadnie na ZUS.
Szczegóły założeń nowego prawa pracy przedstawimy w jednym z najbliższych wydań naszego tygodnika.
Pozytywnie o propozycjach zmian wypowiada się Konfederacja Pracodawców Prywatnych. Forsuje też żądanie kar za porzucenie pracy przez pracownika. Ten, który samowolnie porzuca pracę, miałby płacić pracodawcy odszkodowanie do 5 tys. zł. O wysokości kary miałby decydować sąd.
Organizacje pracodawców na zlecenie rządu przygotowują właśnie zmianę ustaw: o związkach zawodowych i o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Związek zawodowy będzie można w zakładzie pracy założyć mając nie 10, jak teraz, a 20 chętnych. Zniesiona ma być wspomniana wyżej trwałość stosunku pracy jego przewodniczącego. Zapowiadane jest również podniesienie progu reprezentatywności organizacji związkowych, by tylko te najbardziej biurokratyczne i skore do szeroko rozumianej współpracy z rządem i pracodawcami, miały prawo istnieć. Co zaś sporów zbiorowych się tyczy, to te bardzo trudno będzie wszcząć.
Chociaż resort pracy oficjalnie zaprzecza, że to on jest autorem zmian w Kodeksie pracy, to o konieczności tych zmian głośno mówi minister Jolanta Fedak z PSL. Swoje własne wyobrażenie prawa pracy wyjawił poseł PO, Janusz Palikot. Chce on, aby, jeśli dojdzie do bezprawnego zwolnienia pracownika, sąd mógł tylko wypłacić odszkodowanie, bez nakazu przywrócenia do pracy. Chce też, by można było zwolnić pracownika w okresie przedemerytalnym, a także kobietę w ciąży. Domaga się zniesienia urlopu na żądanie, by tym samym zapobiec akcjom strajkowym czy też zniesienia bezwzględnego zakazu pracy w święta. Żąda umożliwienia przerywanego czasu pracy oraz systemu pracy weekendowej bez konieczności zawierania zbiorowego układu pracy.
Przeciwko jakimkolwiek próbom majstrowania w prawie pracy stanowczo protestuje Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80”. Dowodem tego była pierwsza demonstracja przeciwko rządowi premiera Donalda Tuska 20 czerwca w Warszawie, zorganizowana właśnie przez „Sierpień 80”.
– Na żadne zmiany kosztem pracownika naszej zgody nie będzie. Jesteśmy gotowi walczyć. Tak każe historia i tak każe przyzwoitość – mówi szef Komisji Krajowej związku, Bogusław Ziętek.
Patryk Kosela
Jakie podwyżki
w oświacie?Zakończyły się negocjacje oświatowych związków zawodowych z rządem. Projekty nowelizacji ustaw: o systemie oświaty i Karta Nauczyciela zostaną skierowane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej pod obrady Rady Ministrów. Najtrudniejsza część rozmów dotyczyła czasu pracy i wzrostu wynagrodzeń za nią.
Przedstawiciele MEN stwierdzili, że nauczyciele nie powinni mieć płacone za nadgodziny, bo dodatkowo prowadzone przez nich lekcje powinny być wliczone w 40-godzniny tydzień pracy. Argument ten zbijali związkowcy. Porozumiano się za to co do wprowadzonej ilości dodatkowych godzin zajęć opiekuńczo-wychowawczych w ramach tygodniowego czasu pracy. Resort chciał ich odpowiednio: cztery dla podstawówek i gimnazjów i dwie dla szkół ponadgimnazjalnych, a związki obligatoryjnie po jednej dla wszystkich nauczycieli. Ostatecznie będzie po jednej godzinie zajęć dla nauczycieli podstawówek i gimnazjów od roku 2009 i kolejnej godziny od 2010 r. oraz po jednej ich dla nauczycieli szkół ponadgimnazjalnych od roku 2010.
Związek Nauczycielstwa Polskiego nadal postuluje wzrost płacy zasadniczej nauczycieli. ZNP proponuje zmianę struktury wynagrodzenia na rzecz wzrostu płacy zasadniczej wszystkich nauczycieli. Satysfakcjonująca jest jedynie informacja o wzroście płacy zasadniczej stażystów z 82 do 100 proc. kwoty bazowej, która jest wynikiem tegorocznych negocjacji.
Średnio o 586 zł brutto więcej będzie zarabiał nauczyciel stażysta od 2009 r. I to cieszy. Mniej dostaną nauczyciele z dłuższym stażem. Kontraktowi otrzymają średnio o 412 zł więcej, dyplomowani o 381 zł, a mianowani o 316 zł.
W czwartek, 23 października w Pałacu Prezydenckim odbył się „okrągły stół edukacyjny”. Związkowcy prosili prezydenta, by ten zawetował dwa kluczowe projekty rządowe. Jeden zakładający możliwość przejmowania szkół przez stowarzyszenia rodziców i fundacje. Pojawiły się tu zarzuty o chęć cichej prywatyzacji narodowej oświaty. I drugi budzący dziś największe kontrowersje, czyli obniżenie wieku szkolnego do 6 lat.
Trwają jeszcze natomiast rozmowy o możliwości przechodzenia nauczycieli na wcześniejszej emerytury. Szefowa MEN, Katarzyna Hall powiedziała jednak, że nauczyciele nie zostali włączeni do grupy zawodowej, których pracę można uznać za pracę w tak zwanym szczególnym charakterze, ponieważ dziś „potrzeba jest więcej raczej rąk do pracy”.
Oświatowe organizacje związkowe grożą, że będą się domagać dymisji minister edukacji.
PK
W „Sośnicy” przetarg na flapsy
Są szanse, że górnicy z KWK „Sośnica-Makoszowy” lada moment będą mieć smaczniejsze tzw. „flapsy”, czyli posiłki regeneracyjne. Zostanie rozpisany przetarg. To nieoceniona zasługa kopalnianych struktur WZZ „Sierpień 80”. Przeciwna temu była tylko „Solidarność”, gotowa do końca bronić interesów. Swoich własnych.
O sprawie pisaliśmy 2 tygodnie temu w artykule „Sośnica w galarecie”. Publikacja wywołała poruszenie w kopalni. Tekst trafił na biurko jej dyrektora. W Kopalni Węgla Kamiennego „Sośnica-Makoszowy” zawrzało.
Przypomnijmy, opisaliśmy, jak kwitnie związkowy biznes NSZZ „Solidarność”, Związku Zawodowego Górników w Polsce, ZZ „Kontra” i ZZ „Juwenia”. Właśnie te związki od 16 lat kierowały spółką Sośnica żerującą w Ruchu Sośnica na zatrudnionych w nim górnikach. Biznes ten polegał na przygotowywaniu i wydawaniu przez firmę posiłków regeneracyjnych górnikom. Opłacane były z pieniędzy kopalni, by zapewnić ubytek energetyczny pracującym pod ziemią. Tyle, że… cena jednego takiego posiłku – 11,00 złotych – nijak się miała do jego jakości (często z przeterminowanych produktów) i rzeczywistych kosztów. Przebitka stanowiła 80–100 procent. Ponadto, nie było żadnego wyboru dania (było jedno, a na Ruchu „Makoszowy” aż 22).
Komisja Zakładowa Wolnego Związku Zawodowego „Sierpień 80” skierowała 3 pisma jednakowej treści do: dyrektora kopalni Romana Waltera, wiceprezesa Kompanii Węglowej Piotra Rykali i wiceprezesa Centrum Wydobywczego Zachód Jana Stokłosy. Opisano w nich sytuację i zażądano zorganizowania nowych przetargów. To poskutkowało. Dyrektor natychmiast zlecił Komisji BHP kontrolę. Odbyła się ona 16 października. Wykazała mnóstwo nieprawidłowości. Kolejna kontrola z 21 października pokazała, że władze spółki (czyli cała ta związkowa świta) w ogóle nie próbowały wyeliminować stwierdzonych w raporcie pokontrolnym błędów. Kontrole miały miejsce w działającej w Ruchu Sośnica spółce Sośnica i działającej w Ruchu Makoszowy firmie Wako. Porażony wynikami kontroli Roman Walter zorganizował we wtorek 21 października br. spotkanie ze wszystkimi działającymi w kopalni związkami zawodowymi. Przedstawił protokoły pokontrolne i swoje uwagi. – To, co opisał w swojej gazecie „Sierpień 80”, to i tak jest łagodnie, drodzy panowie. To, co wyprawiacie jako związkowcy w spółce Sośnica jest po prostu karygodne – miał powiedzieć dyrektor „Sośnicy-Makoszowy”. Stwierdził, że serwowano górnikom posiłki w sposób patologiczny. Na przykład do kotleta schabowego i kompotu dorzucane były płatki Cini Minis, które powinno się dosypywać do mleka. – Jak wy to sobie wyobrażacie? Górnik na dole z talerzem mleka się wam widzi? – grzmiał menedżer. I odczytywał dalsze wnioski pokontrolne: na wydanie bułki trzeba czekać od 15 do 20 minut. Albo: jak był kotlet po sztygarsku i fasolka po bretońsku, to fasolkę dostawało się po uprzednim zjedzeniu kotleta. I: na Polu „Bojków” do makaronu dawany był sos i serek topiony. Rozwolnienie po takiej mieszance gwarantowane!
Po czym puścił po sali dokument, by podpisali się w nim przedstawiciele tych organizacji związkowych, którzy są za wyłonieniem firmy serwującej posiłki w drodze nowego przetargu. Było to niczym innym, jak tylko spełnieniem żądania WZZ „Sierpień 80”, który właśnie o to postulował w swoich 3 pismach. Związkowców „Sierpnia 80” mocno poparł ZZ „Kadra” i Związek Zawodowy Ratowników Górniczych. Pod listą nie podpisał się tylko przewodniczący kopalnianych struktur NSZZ „Solidarność” Ryszard Nadolski! Za nowym przetargiem opowiedział się nawet Marek Klucewicz, szef „Kontry”, będący prezesem spółki Sośnica (i zarazem przewodniczącym władz krajowych „Kontry”). Ten uczynił to jednak dopiero po 15 minutach namysłów, wściekły i zawstydzony do czerwoności.
Jak widać, tylko „Solidarność” nie przejęła się krytyką i zarzutami. Dalej gotowa jest bronić swoich własnych interesów. Pewnie warto, bo sposób działania spółki Sośnica w sposób znaczący zasila portfele i konta. Ryszard Nadolski z „S” minął się z powołaniem. Powinien zostać biznesmenem, a nie związkowcem. Być może tak się wkrótce stanie. Górnicy należący do „Solidarności” w kopalni „Sośnica-Makoszowy” powinni oddać temu panu przysługę, polegającą na masowym wypisaniu się z tego związku. Wówczas, zmuszony zaistniałą możliwością posłania go na zieloną trawkę, będzie mógł wykorzystać swoje biznesowe talenty na wolnym rynku.
Sprzeciw NSZZ „Sprzedajność” niewiele tu dał. Rozpisany zostanie przetarg na usługę o nazwie: dostawa bonów żywieniowych (kuponów profilaktycznych) na realizację posiłków profilaktycznych oraz pośrednictwo w realizacji tych bonów w punktach (placówkach) handlowych i gastronomicznych dla pracowników KW SA Oddział KWK „Sośnica-Makoszowy” w okresie 12 miesięcy. Jest to dokładnym spełnieniem żądania wysłanego do dyrektora kopalni, wiceprezesów KW i centrum wydobywczego.
– Jestem zadowolony. Coś człowiek dla tych ludzi zrobił. Mam teraz nadzieję, że nasi górnicy zrozumieją, kto naprawdę reprezentuje ich interesy. Na pewno nie są to ci panowie ze „związków biznesowych” – uważa Zdzisław Bredlak, przewodniczący „Sierpnia 80” w KWK „Sośnica-Makoszowy”. Podobnego zdania jest Przemysław Skupin z Sekretariatu ds. górnictwa Komisji Krajowej WZZ „Sierpień 80”: – Niech związkowcy zajmują się tym, do czego są wyznaczeni, a więc dbaniem o interesy załogi, a nie swoje własne – mówi.
To tyle, co mógł tu zrobić Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80”. Przypomnijmy, że to nie cała lista zarzutów wobec „związków biznesowych”. Są jeszcze sprawy pożyczek, tzw. chwilówek i obiecanek-cacanek przy zapisywaniu się do związków zawodowych. „Solidarność” np. zajmuje się lichwą, bo pożyczając 200 zł, żąda oddania 210 zł (w formie darowizny). „Kontra” z kolei za zapisanie się daje 100 zł, ale… w zamian żąda podpisania niewolniczego kwitu, że się człowiek nie wypisze od nich przez pół roku. Oferuje też na urodziny sprzęt wartości 150 zł, który tak naprawdę wart jest maksymalnie 50 zł.
Publikacje na temat przekrętów w Sośnica Sp. z o.o., założonej i kierowanej przez działaczy „Solidarności, ZZG, „Kontry” i „Juwenii”, zostaną przesłane do Urzędu Skarbowego i do prokuratury. Urząd przyjrzy się temu, czy za darowiznę odprowadzone zostały podatki, a prokuratorzy odgrzeją starą sprawę, bo bossowie spółki Sośnica do prokuratorskich zarzutów są już przyzwyczajeni.
„Sierpień 80” zrobił swoje. Reszta należy do samych górników. Jeśli chcecie tkwić nadal w związkach biznesowych, to już Wasza sprawa. Jeśli chcecie natomiast należeć do związku zawodowego, to wiecie, gdzie szukać WZZ „Sierpień 80”. Jego przewodniczący w kopalni nazywa się Zdzisław Bredlak.
Patryk Kosela
SLD handluje pomostówkami
Tak zwana Lewica opowie się przeciwko Ustawie o emeryturach pomostowych i ramię w ramię z PO i PSL odeprze prezydenckie weto. Warunek? Wcześniejsze emerytury dla części nauczycieli. Tylko dla wybranych i do pewnego czasu.
Patryk Kosela
Związany z SLD Związek Nauczycielstwa Polskiego dostał, co chciał. Wyprosił u posłów Klubu Parlamentarnego Lewica złożenie propozycji koalicji rządzącej: odrzucenia weta w zamian za uratowanie prawa do emerytur pomostowych dla nauczycieli.
– W tej ustawie, którą przedstawił rząd, nie wzięto pod uwagę dużej grupy zawodowej, jakimi są nauczyciele i bez uwzględnienia ich postulatów nie ma mowy o poparciu tej ustawy – powiedział. Wojciech Olejniczak, będąc jeszcze szefem klubu Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Olejniczak uczestniczył w spotkaniu z minister pracy, Jolantą Fedak z PSL. Miał jej powiedzieć, że jeżeli nie dojdzie do porozumienia z nauczycielami i przepisy o emeryturach pomostowych lub Karta Nauczyciela nie zostaną tak zmienione, aby usatysfakcjonować nauczycieli, to jego klub nie zgodzi się na poparcie tej ustawy.
Zielone światło ku temu dał Jarosław Kalinowski, wicemarszałek Sejmu (PSL), który w radio rzekł: – Jeżeli dzisiaj szansą jest negocjowanie ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego, to trzeba to zrobić – powiedział.
Nauczyciele, według propozycji ZNP i SLD, dostaliby wcześniejsze emerytury po 30 latach pracy, w tym 20 w zawodzie. Ważny też jest wiek: w 2009 r. z przywileju wcześniejszej emerytury mogliby skorzystać tylko ci nauczyciele, którzy ukończyli 55 lat, w 2010 r. 56, w 2011 r. 57 i tak dalej, aż dojdzie do powszechnie obowiązującego wieku emerytalnego i to zakończy żywot przywilejów. To znaczy, że trwałoby to pięć lat w wypadku kobiet, a dziesięć – u mężczyzn.
„Do tej pory nauczyciel mógł odejść na wcześniejszą emeryturę nawet w wieku 49 lat. Drugie ustępstwo proponowane przez związkowców: wcześniejsza emerytura tylko dla »liniowych« nauczycieli, tzn. dla tych, którzy pracują z dziećmi na lekcjach. Z puli uprawnionych wypadliby m.in. pracownicy ośrodków metodycznych, kuratoriów, bibliotekarze, pedagodzy (o ile wcześniej nie przepracowali 20 lat bezpośrednio z dziećmi)” – informuje Gazeta Wyborcza z 20 października. Nauczyciele liniowi to 400 tys. osób, spośród wszystkich 600 tys. zatrudnionych w oświacie.
Plany rządu były inne. Ten chciał pozbawić nauczycieli dzisiejszych wcześniejszych emerytur i nie ująć tej grupy zawodowej w ustawie o pomostówkach. Michał Boni, szef doradców Prezesa Rady Ministrów, oficjalnie zaprzecza temu, że gabinet Donalda Tuska zgodzi się na propozycję SLD. Inny z polityków PO nieoficjalnie i anonimowo przyznaje jednak, że targi z Sojuszem zaczną się przed terminem, bo inaczej SLD zagłosuje przeciwko odrzuceniu prezydenckiego weta i ustawa przepadnie jak ta medialna.
I tak powinno się właśnie stać. Tymczasem Sojusz Lewicy Demokratycznej, gdzieś na boku, załatwia swoje własne interesy kosztem ludzi pracy. Zachowuje się przy tym jak wyrodny rodzic, który jednemu swojemu dziecku cukierka da, a drugiemu już nie, bo je mniej kocha. SLD, widać, nie kocha pracowników przeróbki węgla, ratowników medycznych i innych ponad 800 tysięcy pracowników, którym ten fatalny rząd chce odebrać nabyte prawo. Prawo, którym kierowali się przy wyborze zawodu i fachu.
SLD, partia tylko w nazwie lewicowa, dokonuje podziałów w świecie pracy. Dowartościowuje jednych, pokazuje cztery litery drugim. Dotychczas było to domeną prawicy. To prawica rozbijała jedność pracowniczą, osłabiając przez to ruch pracowniczy.
A przecież Sojusz razem z PiS-em mógłby podtrzymać weto Lecha Kaczyńskiego i pozwolić prezydentowi wyjść z ustawą przedłużającą funkcjonowanie obecnej ustawy o wcześniejszych emeryturach na dotychczasowych zasadach. Politycy koalicji PO-PSL nie mieliby wyjścia, musieliby poprzeć ustawę. Inaczej szybszych emerytur nie byłoby w ogóle, a to spowodowałoby wyjście ludzi na ulice i poważne kłopoty dla rządu, z wcześniejszymi wyborami łącznie.
Sojusz Lewicy Demokratycznej woli kombinować na boku, przez co stracić mogą wszyscy, w tym nauczyciele, którym wymyślono dodatkowe kryteria. Sprzedawczyki jednak zawsze będą sprzedawczykami!
PK
Taxi karetka
Skandal! Artur Borowicz, dyrektor Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach dopuścił się przekroczenia uprawnień i narażenia na utratę zdrowia i życia mieszkańców Tarnowskich Gór. Kontrolę w tej sprawie zapowiedział już śląski Marszałek i NFZ.
13 listopada tego roku. dyrektor katowickiego pogotowia ratunkowego, Andrzej Borowicz wydał polecenie dyspozytorowi stacji pogotowia w Tarnowskich Górach, by właśnie z tej miejscowości przewieźć do oddalonych o 42 kilometry Katowic emerytowaną działaczkę „Solidarności” na imprezy związane ze świętem ratowników. Wysłana zostaje warta ok. 350 tys. zł tzw. karetka systemowa (dawna R-ka). Ambulans-taksówka wyposażony w najnowocześniejszy defibrylator i respirator wykonuje usługę przez kilka godziny. Kierowca, ratownik i lekarz najpierw czekali pod katowicką katedrą Chrystusa Króla, a później pod Śląskim Urzędem Marszałkowskim.
Szerokiej drogi
Zgodnie z przepisami Narodowego Funduszu Zdrowia osobom uprawnionym, w tym np. inwalidom, przysługuje 3 razy do roku możliwość przewozu karetką, nie dalej jednak niż na odległość 60 kilometrów. Z Tarnowskich do Katowic jest 42 km. Niby wszystko dobrze. Ale… Przepisy jasno mówią, że przysługuje tu karetka transportowa, a nie systemowa, którą dyrektor użyczył działaczce.
W czasie, gdy ona świętowała, ambulans cały czas oczekiwał, choć powinien oczekiwać, ale w Tarnowskich Górach na ewentualne wezwanie na zgłoszenie. Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80” w katowickim pogotowiu zawiadomił o rażących nieprawidłowościach Narodowy Fundusz Zdrowia, Ministerstwo Zdrowia i prokuraturę. Zarzucił dyrektorowi bezpośrednie narażenie na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego.
– Dyrektor wydał dyspozycję, ale nie mówił o karetce. Mamy także inne samochody. O taki dyrektorowi chodziło. Niestety, popełniono błąd – broni swojego pryncypała Jacek Czapla, wicedyrektor WPR w Katowicach, oskarżając tym samym dyspozytora. O komentarz w sprawie poprosiliśmy przedstawiciela pogotowia z innego województwa. – Jest to niedopuszczalne i naganne ze wszech miar, by używać karetek ratujących życie do celów prywatnych lub niezwiązanych z kontraktem – ocenia dr Waldemar Engel, zastępca dyrektora ds. lecznictwa Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Legnicy. – U nas coś takiego na pewno nie wchodzi w rachubę. I dziwię się kolegom ze Śląska, że podobne sprawy z przeszłości niczego ich nie nauczyły – dodaje.
Za karetki pogotowia płaci Narodowy Fundusz Zdrowia, a więc my wszyscy. Śląski oddział NFZ zapowiada kontrolę w sprawie. – Jeśli karetki są przez nas zakontraktowane jako systemowe, to muszą być przez cały czas do dyspozycji. Wykorzystywanie ich do innych celów to rażąca nieprawidłowość – wyjaśnia Dziennikowi Zachodniemu Jacek Kopocz, rzecznik NFZ w Katowicach.
Tymczasem otrzymaliśmy stanowisko Marszałka Województwa Śląskiego, będącego organem prowadzącym wojewódzką stację pogotowia. „Zwróciliśmy się z prośbą o wyjaśnienie tej sprawy do dyrektora Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach. Niezależnie od tego zostanie przeprowadzona kontrola Urzędu Marszałkowskiego zarówno w Wojewódzkim Pogotowiu Ratunkowym w Katowicach, jak i w Stacji Pogotowia Ratunkowego w Tarnowskich Górach. Chcemy dowiedzieć się, jak doszło do tego incydentu” – czytamy w oświadczeniu podpisanym przez Aleksandrę Marzyńską, rzecznik prasową Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego. Jednak, jak mówi nasz informator, marszałek województwa i dyrektor pogotowia to starzy, dobrzy znajomi! – Zobaczymy, czy wygra tu układ koleżeński, czy prawo – mówi nam pracownik WPR.
By zasięgnąć opinii prawnej, dzwonimy do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. – Jest oczywiste, że taka forma wykorzystania karetki jest niedopuszczalna. Czy był to dyrektor placówki publicznej? W takim wypadku można by mówić o przekroczeniu uprawnień – stwierdza Dorota Pudzianowska, koordynator działu prawnego HFPCz.
To jest właśnie komercjalizacja
Ale to nie wszystkie przewinienia dyrektora Artura Borowicza! Dzień przed przejażdżką członkini „Solidarności”, wysłał on karetkę systemową ze sparaliżowanym pacjentem z Tarnowskich Gór do… Świnoujścia. Wszystko w ramach tzw. usługi komercyjnej. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że tu również nie wolno było wysłać właśnie tego typu karetki. Nad morze z Górnego Śląska miała prawo pojechać co najwyżej karetka transportowa.
Rodzina pacjenta zapłaciła za kurs komercyjny. Rzecz jednak w tym, że tego właśnie dnia w pobliżu powiatu tarnogórskiego, pod Tworogiem doszło do groźnego wypadku 3 samochodów. Ucierpiało 5 osób, w tym dwoje dzieci. Śmierci udało się uniknąć zapewne dzięki pomocy z Lublińca i dwóm śmigłowcom aż z Gliwic. Karetka systemowa była w tym czasie w drodze do Świnoujścia…
Według wicedyrektora katowickiego WPR, nieobecność karetki w Tarnowskich Górach nie naraziła zdrowia czy życia poszkodowanych w wypadku pod Tworogiem. W rozmowie z Dziennikiem Zachodnim zastrzega jednak, że to jego wstępne ustalenia.
Nie udało nam się dodzwonić do Ministerstwa Zdrowia. Rzecznik resortu cały dzień nie odbierał telefonów.
– To był kurs komercyjny. Pacjent zapłacił, więc pojechał. Jeśli wprowadzi się obligatoryjną komercjalizację ochrony zdrowia, to tak właśnie będzie wyglądało. Karetka pojedzie do tego, kto zapłaci – powiedział nam jeden z pracowników pogotowia, zastrzegając anonimowość.
Klakson systemowy
W Wojewódzkim Pogotowiu Ratunkowym w Katowicach obowiązują podwójne standardy. Jedne dla dyrektora, drugie dla pracowników. Dyrektor i jego zastępcy nie widzą przewinień w pozbawianiu mieszkańców Tarnowskich Gór karetki służącej do ratowania życia. Winę i to dużą dyrektor Artur Borowicz widział za to w użyciu sygnałów dźwiękowych karetki podczas pikiety związkowców „Sierpnia 80” pod biurem dyrekcji pogotowia. Domagających się podwyżek płac, którzy użyli syren, ukarał naganami z wpisem do akt!
Najbliższe dni pokażą, co dla władz województwa śląskiego liczy się bardziej – układ czy dobro mieszkańców. Pojawiło się już żądanie dymisji dyrektor Borowicza.
To precedens na skalę światową. Po dziurawych ulicach Tarnowskich Gór jeździ bodaj najdroższa taksówka na świecie.
Patryk Kosela
Kupczą śmiercią w „Halembie”!
Kompania Węglowa, winna śmierci 23 górników w wyniku tragedii w kopalni „Halemba”, zaproponowała rodzinom ofiar zbyt małe – ich zdaniem – kwoty odszkodowań.
Wdowy po zabitych górnikach pozwały do sądu władze węglowej spółki.
Niebawem, bo 21 listopada minie 2. rocznica tragedii w KWK „Halemba” w Rudzie Śląskiej (dziś kopalnia zespolona „Halemba-Wirek”), w której śmierć poniosły 23 osoby, w tym 8 pracowników macierzystych kopalni. Resztę stanowili zatrudnieni w firmie zewnętrznej Mard. Do dramatu dopuściło ścisłe kierownictwo kopalni, zatrudnione przez Kompanię Węglową SA – największą spółkę górniczą w Europie. Mężczyzn posłano na pewną śmierć.
Już w dniu tragedii złotousty rzecznik prasowy Kompanii, Zbigniew Madej zapowiadał, że jego firma rodzinom ofiar górniczych wypłaci odszkodowania i obejmie ich troskliwą opieką. Muszą być z tym problemy, skoro rodziny ofiar podały KW do sądu. Domagają się wypłaty odszkodowań.
Pozwy złożyły rodziny czterech zabitych górników! Potwierdza to Sąd Okręgowy w Gliwicach. Było najprawdopodobniej tak, że Kompania Węglowa złożyła zbyt niską kwotowo propozycję wypłaty odszkodowań. Niską tak, że zgodziły się na nią ledwie 3 rodziny. – Na ich prośbę nie będziemy jednak wyjawiali, jakie odszkodowania zostały im wypłacone – mówi Gazecie Wyborczej rzecznik prasowy KW.
To, że wdowy po górnikach z „Halemby” były wzywane na kopalnię, potwierdzają związkowcy. – Jeśli rzeczywiście było tak, jak opisują to media, to jest to zwyczajne draństwo – mówi Zbigniew Domagała, przewodniczący Komisji Zakładowej WZZ „Sierpień 80” w kopalni „Halemba”. – Przecież to nie był jakiś nieszczęśliwy wypadek, ale morderstwo, któremu winni są określeni ludzie – dodaje. Jego zdaniem nie powinno się handlować z rodzinami ofiar górniczych, ale dać im godziwe odszkodowanie.
– Nie znam sprawy, natomiast te wypłaty odbywały się poza naszą organizacją – ucina prezes Fundacji Rodzin Górniczych, Kazimierz Służewski. Fundacja wypłaca dzieciom zabitym 21 listopada 2006 roku comiesięczne stypendium w wysokości 400–500 zł.
Przypomnijmy, po tragedii solennie zapewniano o pomocy, jaką otrzymają rodziny górników. Na miejscu tragedii pojawił się ówczesny premier i prezydent Lech Kaczyński. Jednak, jak skarżyły się wdowy po górnikach z „Halemby”, od początku były problemy z wypłatami obiecanych świadczeń.
Tymczasem 14 listopada br. rozpocznie się proces w sprawie katastrofy. Na ławie oskarżonych usiądzie 19 osób, głównie ze ścisłego kierownictwa kopalni. Rodziny pomordowanych górników chcą, żeby sędziowie dołączyli ich pozwy do sprawy karnej.
Do sprawy wrócimy po rozprawie sądowej.
PK
Śmietniki zamiast Karaibów
BogusŁaw ZiĘtek
Czy ktoś jeszcze pamięta cudowne reklamówki, w których przedstawiano wypoczynek przyszłych emerytów na plaży w ciepłych krajach? Te gorące piaski, palmy i drinki serwowane dla strudzonych pracą emerytów, odpoczywających po latach zasłużonej pracy, korzystających z dobrodziejstw nowego zreformowanego systemu emerytalnego, w ramach którego prywatne fundusze emerytalne zarabiały miliony dla swoich klientów. Nikt? To i dobrze, bo nic takiego nie będzie.
Może jedynym, który pamięta te sielskie obrazki, jest Jerzy Buzek, premier, za którego rządów zafundowano nam tę cudowną reformę. Dziś europoseł Platformy Obywatelskiej. On swoją emeryturę dostanie, ale miliony, których oszukał, nie dostaną. Dziś ci, którzy mieli cieszyć się zasłużonym wypoczynkiem na ciepłych plażach, drżą ze strachu o to, czy dostaną cokolwiek.
Emerytury, które dostaną, mogą sprawić, że zamiast wędrówki po ciepłych krajach czekać ich będzie wędrówka po śmietnikach. Kiedy wiele lat temu byli tacy, którzy przestrzegali przed takim scenariuszem, ich głosy ignorowano, a ich samych uznawano za wariatów. Teraz te same autorytety, które zachwalały prywatne fundusze emerytalne, zajmują się doradzaniem, jak z tego wyjść, ciągle twierdząc, że mieli rację. Oni zawsze mają rację, a przyszli emeryci nie mają swoich pieniędzy.
Gdy Buzek wprowadzał swoje emerytury, nieliczni przestrzegali przed tym, że skończy się to katastrofą. Już wtedy wyliczano, że średnia emerytura w wymiarze gwarantowanym będzie wynosić 30 do 35 procent wynagrodzenia pracownika. Rzeczywiście, mylili się. Okazuje się, że te wyliczenia, które wtedy wyśmiewano, mogą okazać się zbyt optymistyczne. Warto przypomnieć, że w starym systemie, który uznano za zły i oszukańczy wobec emerytów średnia emerytura była na poziomie 60 procent uzyskiwanego wynagrodzenia.
W nowym będzie dwa razy niższa. Jeśli w ogóle będzie. Z danych Komisji Nadzoru Finansowego sprzed kilku dni wynika, że Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE) w ostatnich miesiącach straciły niemal wszystkie oszczędności emerytów. Krótko mówiąc, nic dla nich nie zarobiły. Niemal całą sumę, którą zarobiły zarządzając latami pieniędzmi przyszłych emerytów straciły w ciągu ostatnich miesięcy tego roku.
Oczywiście, stracili tylko klienci funduszy emerytalnych. Same fundusze zarabiają – i to świetnie – na przyszłych emerytach. Od zarządzania pieniędzmi pobierają on prowizję w wysokości ponad 7 proc. Prowizja pobierana będzie także przez tego, kto będzie wypłaty obsługiwał dla przyszłych emerytów. Też będzie ona niemała. Pieniądze gromadzone w OFE nie mają żadnych zabezpieczeń. Można je więc stracić. Ale fundusze – tak czy tak – zarobią.
– Jestem w szoku. Po dziewięciu latach reformy wyszliśmy na zero – mówi dr Filip Chybalski, ekspert emerytalny z Politechniki Łódzkiej. Rzeczywiście po latach oszczędzania przyszli emeryci nie zarobili nic, a uwzględniając inflację stracili – i to dużo. Już w przyszłym roku pierwsze osoby przechodzić będą na emerytury wypłacane z OFE. Będzie to 2,3 tys. kobiet, które w przyszłym roku będą mogły przejść na emeryturę.
Dziś z przerażeniem mogą czekać na skutki oddania swoich pieniędzy w zarządzanie prywatnym funduszom emerytalnym. A ci, którzy jeszcze niedawno wieszali psy na ZUS-ie, wychwalając pod niebiosa korzyści z nowego systemu, dziś mówią, że na szczęście większość ich emerytury będzie pochodziła z ZUS. Politycy odpowiedzialni za wpędzenie nas w te tarapaty umywają ręce. Eksperci zaklinają rzeczywistość gwarantując swoim autorytetem, że sytuacja się zmieni i nie ma powodu do paniki. Są to ci sami eksperci, którzy przy wprowadzaniu reformy systemu emerytalnego zapewniali, że nasze oszczędności są bezpieczne, ZUS to przeżytek, a nowy system zagwarantuje przyszłym emerytom raj na ziemi.
Tymczasem Unia Europejska chce zmusić Polskę do zniesienia ograniczeń możliwości inwestowania przez prywatne fundusze emerytalne pieniędzy z przyszłych emerytur w zagraniczne giełdy i instytucje finansowe. Gdyby nie te ograniczenia, straty OFE byłyby jeszcze większe. Jeśli je się zniesie, pieniądze zostaną wytransferowane do banków zachodnioeuropejskich i amerykańskich, aby ratować tamtejsze systemy finansowe.
Emeryci będą mogli być dumni, że zamiast im służyć, ich pieniądze posłużyły ratowaniu zagranicznych banków i funduszy inwestycyjnych. Polscy emeryci są przyzwyczajeni do tego, że ratują gospodarkę – kiedyś tylko swojego kraju, a dziś całej Europy i świata. Czyż to nie wystarczający powód do dumy i chwały? Czyż to nie powód, aby nie myśleli o swojej przyszłości i nie żałowali straconych pieniędzy? Wątpię, aby to ich przekonywało.
Tymczasem rząd dokonuje zamachu na kolejnych przyszłych emerytów. Prawo do przechodzenia na wcześniejsze emerytury ma stracić 800 tys. pracowników spośród ponad 1,2 mln obecnie uprawnionych. Im też wmawia się, że to dla ich dobra. Każda kolejna zmiana pogarsza sytuację pracowników – przyszłych emerytów. Do grona oszukanych i okradzionych klientów OFE dołączyć ma teraz blisko milion kolejnych ofiar neoliberalnych reform.
Podobnie, jak kiedyś Buzek, tak teraz Tusk doskonale zdaje sobie sprawę ze skutków tych reform. Z uśmiechem na twarzy i głosem pełnym troski przekonuje ludzi, że skazuje ich na nędzę i ubóstwo dla ich własnego dobra. Zapomina przy tym dodać, że na tej nędzy i grabieniu biednych kolejny raz zyskują najbogatsi. Bo choć Polska ma najniższą płacę minimalną w całej Europie, nasi menedżerowie należą do najlepiej wynagradzanych w skali europejskiej. Bo gdy pracowników i emerytów po raz kolejny namawia się do zaciskania pasa, znosi się podatki dla najbogatszych. Bo choć za kryzys i szalone pomysły prywatyzacji płacą najbiedniejsi, najbogatsi mają się coraz lepiej, a rozwarstwienie między najbiedniejszymi a najbogatszymi w Polsce należy do najwyższych na świecie.
Za nami są tylko Meksyk i Turcja. Dlaczego ambitny Tusk, który zbudował nam już drugą Irlandię, nie miałby teraz postawić sobie ambitniejszych planów i dogonić, a nawet przegonić Meksyk? Wszak możemy być pierwsi. Pierwsi wśród najbiedniejszych.
Kryzys a podwyżki w Oplu
Do dwóch spotkań wspólnej reprezentacji związkowej z dyrekcją zakładu doszło w General Motors Manufacturing Poland w Gliwicach. Oba miały miejsce 20 października, lecz dotyczyły zupełnie odrębnych spraw. Nowy dyrektor, Tony Francavilla nie poszedł na szczęście w ślady swojego poprzednika, Romualda Rytwińskiego i chce rozmawiać ze związkowcami.
Pierwsze spotkanie dotyczyło dialogu strony pracodawcy ze stroną związkową. Ten ma być – co nowość – prowadzony. Przedstawiciele Komisji Zakładowej WZZ „Sierpień 80” przedstawili dyrektorowi problemy dnia codziennego. Tony Francavilla zapewnił, że poszuka na nie rozwiązania i wówczas udzieli odpowiedzi. – On przynajmniej wykazuje jakieś chęci. Z poprzednikiem było znacznie gorzej – ocenia Zbigniew Pietras, przewodniczący „Sierpnia 80” w gliwickim Oplu.
Dyrektor zapewnił też, że w ramach poprawnych relacji, jest w stanie spotykać się z reprezentantami załogi co wtorek.
Drugie spotkanie, które odbyło się godzinę później miało charakter płacowy. Związkowcom przedstawiono slajdy na temat sytuacji General Motors na świecie. Stwierdzono przy tym, że zła kondycja koncernu ma związek z rynkiem amerykańskim. W dwóch pierwszych kwartałach bieżącego roku GM zanotował straty rzędu 15 miliardów dolarów. Na pytanie jak wygląda sytuacja, jeśli chodzi o Polskę i konkretnie – zakład w Gliwicach, padła gwarancja przedstawienia bilansu na następnym spotkaniu, tj. 31 października. Nieoficjalnie wiadomo, że w ostatnim tygodniu wskaźniki drgnęły do góry, co jest znakomitą wiadomością dla gliwickiego zakładu.
Reprezentanci Wolnego Związku Zawodowego „Sierpień 80” dopytywali, tak o podwyżki płac, jak i o to jak wygląda sprawa ilości samochodów na parkingach w Kaliszu i w Kleszczewie (by rozpoznać zjawisko nadprodukcji). Odpowiedzi mają zostać udzielone niebawem.
Dyrektor na wniosek związkowców rozpisał przetarg na dostarczanie środków ochrony osobistej. Opisywaliśmy wcześniej na łamach „Kuriera Związkowego” jak pracuje się w rękawicach, które mają po 20 łat. Również zobowiązano się znaleźć rozwiązanie problemu złych stanów fartuchów dla spawaczy. Wrócą też siedziska dla pracowników.
Wspólną reprezentację związkową w Oplu tworzą prócz WZZ „Sierpień 80”, także NSZZ „Solidarność” i ZZ Pracowników Opel Polska.
PK
Pracownicy zapłacą za reformę
Podczas protestu w Białym Miasteczku pod Kancelarią Premiera lekarze i pielęgniarki domagali się podwyżek i zmian w funkcjonowaniu systemu ochrony zdrowia. Środowisko medyczne wiązało ogromne nadzieje z przejęciem władzy przez Platformę Obywatelską. I dostało reformę. Pogarszającą warunki pracy.
Magdalena Ostrowska
W ubiegły wtorek Sejm przegłosował pakiet sześciu ustaw zdrowotnych, wprowadzając nowe zasady działania systemu ochrony zdrowia. Uchwalono ustawy: o ZOZ-ach, o ochronie praw pacjenta i o Rzeczniku Praw Pacjenta, o akredytacji w ochronie zdrowia, o konsultantach krajowych i wojewódzkich w ochronie zdrowia oraz o pracownikach zakładów opieki zdrowotnej.
Najwięcej kontrowersji wzbudzały dwa projekty: ustawy o ZOZ-ach, zakładającej obligatoryjne przekształcenie publicznych placówek w spółki prawa handlowego oraz ustawy o pracownikach ZOZ-ów, dotyczącej warunków pracy w ochronie zdrowia (o konsekwencjach przekształcenia placówek w spółki pisaliśmy w?? numerze Trybuny Robotniczej). Związkowcy z różnych central i organizacji są oburzeni kształtem ustawy, która miała gwarantować pracownikom ochrony zdrowia ich dotychczasowe uprawnienia.
Działaczki Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych mówią, że czują się oszukane. Twierdzą, że uchwalona w ubiegłym tygodniu Ustawa o pracownikach ZOZ-ów odbiera im większość dotychczasowych przywilejów pracowniczych, w tym – wywalczoną na skutek protestu pod Kancelarią Premiera gwarancję podwyżek. Chodzi o zapis mówiący o tym, że w przypadku podpisania przez daną placówkę większego niż poprzedni kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia, co najmniej 40 proc. z owej „nadwyżki” musi być przeznaczone na podwyżki płac personelu zatrudnionego w tej placówce. Opozycja zgłosiła poprawkę zawierającą ten zapis, ale zdominowana przez PO sejmowa komisja zdrowia zarekomendowała odrzucenie tej poprawki. Ostatecznie posłowie zagłosowali za odebraniem pielęgniarkom tego, o co te walczyły przez wiele miesięcy.
Przedstawicielki OZZPiP twierdzą, że na skutek wprowadzonych zmian mogą stracić nawet 30 proc. dotychczasowych zarobków. Stracą też prawo m.in. do: nagród jubileuszowych, dodatków stażowych i odpraw emerytalnych. Zlikwidowano też stanowisko pielęgniarki naczelnej i oddziałowej.
Odebrane prawa
Nowa ustawa zlikwidowała większość przywilejów pracowników ZOZ-ów. Wprowadzono co prawda zapis gwarantujący obecnym pracownikom zatrudnienie po przekształceniu placówek w spółki prawa handlowego, ale już nie zabezpieczono pakietów socjalnych dla pracowników. Lekarze i pielęgniarki obawiają się, że brak zabezpieczenia warunków zatrudnienia spowoduje, iż po przekształceniu placówek będą pracować w gorszych warunkach.
Ustawa o pracownikach ZOZ-ów zrównała czas pracy pracowników, a tym samym – wydłużyła czas pracy tych grup zawodowych, które ze względu na pracę w szczególnych warunkach, pracowały krócej. Chodzi m.in. o radiologów, patomorfologów, pracowników prosektoriów i medycyny sądowej. Dotychczas pracowali oni 5 godzin dziennie, a jeśli nowa ustawa wejdzie w życie, będą musieli pracować 7,5 godzin dziennie.
Przedstawiciele tych specjalizacji uważają, że nowe przepisy spowodują zagrożenie dla zdrowia i życia osób narażonych na szkodliwe promieniowanie. Podkreślają, że jest to szczególnie niebezpieczne ze względu na przestarzały sprzęt, na jakim muszą pracować.
Jeszcze kilka miesięcy temu, podczas prac nad pakietem ustaw zdrowotnych, przedstawiciele rządu twierdzili, że pracownicy szpitali i ZOZ-ów po przekształceniu ich w spółki powinni mieć takie same uprawnienia, jak pracownicy innych spółek kapitałowych. Wygląda na to, że rząd osiągnął również ten cel.
Związkowcom nie odpowiada zapis, że koszty doskonalenia zawodowego będą ponosili sami pracownicy, podczas gdy w zawodach medycznych istnieje konieczność permanentnego dokształcania się i podnoszenia kwalifikacji. Sejm nie poparł jednak poprawki zgłoszonej przez opozycję, by koszty dokształcania ponosił pracodawca.
Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy domaga się m.in., by wysokość płacy zasadniczej lekarzy została ustalona jeszcze przed przekształceniem placówek w spółki. Obawiają się, że bez tej gwarancji nowo przekształcone spółki zaczną oszczędzać głównie na kosztach pracy, obcinając pensje personelu, albo redukując zatrudnienie.
Przypomnijmy, że środowiska lekarskie – w odróżnieniu od pielęgniarek i położnych – od początku popierały plany urynkowienia usług medycznych i przekształcenia placówek w spółki. Podobnie jak rządząca obecnie koalicja PO-PSL, lekarze twierdzili, że komercjalizacja usług i placówek zapewni lepszą opiekę zdrowotną pacjentom oraz lepsze wynagrodzenia pracownikom. Tymczasem okazuje się, że projekt w kształcie przegłosowanym przez Sejm może prowadzić do obniżenia zarobków zarówno lekarzy, jak i pielęgniarek.
Będą kolejne zmiany
Działacze OZZL chcą, aby przekształcenia zostały poprzedzone zwiększeniem nakładów publicznych na ochronę zdrowia i dopasowaniem poziomu finansowania do rzeczywistych kosztów świadczeń. Obecnie to NFZ w znacznym stopniu narzuca placówkom cenę, jaką płaci za określone procedury medyczne.
Lekarze zwracają też uwagę na konieczność zmiany obecnego systemu, który w istocie oznacza reglamentację usług przez NFZ. Dzieje się tak dlatego, że kontrakty na świadczenie usług podpisywane są na początku roku – warunki kontraktu z góry narzucają nie tylko cenę, ale też liczbę usług medycznych, jakie może wykonać dana placówka w ciągu roku. Taki mechanizm powoduje, że placówki nie są w stanie konkurować ze sobą o pacjenta, lecz są ograniczane przez kontrakt. Źródłem zarobku albo oszczędności są więc dla placówek procedury medyczne – kontraktowanie i wykonywanie tych lepiej opłacanych przez NFZ i rezygnowanie z kontraktowania tych gorzej wycenianych. Co nie zawsze musi być w interesie pacjenta.
Środowiska lekarskie nagle uświadomiły sobie, że popierane przez nie przekształcenie placówek ochrony zdrowia w spółki kapitałowe może pociągnąć za sobą obniżenie pensji albo redukcje zatrudnienia, ponieważ płace i zatrudnienie to główny element, na który wpływ mają dyrektorzy szpitali (ceny usług narzuca NFZ). To właśnie personel stanie się podstawowym źródłem oszczędności dla placówek. Aby tak się nie stało, konieczna będzie zmiana mechanizmu płacenia za usługi i, najprawdopodobniej, likwidacja NFZ w obecnym kształcie.
Co prawda, rządząca koalicja nie przewiduje wprowadzania poprawek podczas prac w Senacie, gdzie właśnie trafił pakiet ustaw zdrowotnych, jednak uchwalone w ubiegłym tygodniu ustawy z pewnością nie zakończą przekształceń w polskim systemie ochrony zdrowia. Wiele wskazuje na to, że sami pracownicy – we własnym interesie – wymuszą takie zmiany, by NFZ nie był głównym płatnikiem, lecz by na rynku pojawiło się kilka podmiotów zbierających składki i konkurujących między sobą. PO zakładała podobne zmiany w materiałach programowych, ale jeszcze nie zgłosiła ich w formie ustawy. Nie musi. Takie zmiany będą koniecznie, wynikają bowiem z logiki przyjętego systemu. Jeśli ten element nie zostanie zmieniony, szpitale i ZOZ-y w formie spółek siłą rzeczy będą oszczędzać lub zarabiać głównie kosztem personelu. l
„Solidarność” przeciw miedziowym emerytom
Wracamy do sprawy sprzeciwu „Solidarności” działającej w Hucie Miedzi „Głogów” wobec przyznania bonów świątecznych byłym pracownikom zakładu. Rok temu związek skutecznie zablokował przyznanie ich hutniczym emerytom. W roku bieżącym sytuacja może się powtórzyć.
O sprawie pisaliśmy przed rokiem w tekście „»Solidarność« zwariowała!” (KZ nr 272). Przypomnijmy, działająca w głogowskiej hucie „S” nie zgodziła się na przyznanie tym, którzy przepracowali tam całe życie, a dziś są na emeryturze, bonów z okazji Świąt Bożego Narodzenia. „Solidarność” jako jedyna była przeciw. Emeryci nie dostali nic. Bony dla pracowników były wówczas warte 500 złotych. Dla emerytów miały wynieść 200 zł.
W tym roku może być podobnie również „dzięki” Solidaruchom. Ostateczna decyzja ma zapaść do końca października. Dyrekcja propozycje organizacjom związkowym już przedstawiła. Podobnie jak w roku ubiegłym, uwzględniła emerytów. Zaopiniować to mają teraz związki.
Choć do świąt jeszcze 2 miesiące, to przedstawiciele organizacji byłych pracowników KGHM już w sprawie interweniują. Zofia Kupiec i Rudolf Nowicki z Koła Emerytów i Rencistów Hutniczych lobbowali u każdego ze związków osobno. Niemal od ręki poparcia udzielił im Lech Bludnik z „Solidarności 80” i Grzegorz Kurek ze Związku Zawodowego „Polska Miedź”. Z kolei wiceprzewodniczący NSZZ „S” w Hucie Miedzi „Głogów”, Jacek Franczak powiedział zimno: – W tej kwestii wypowie się Komisja Międzyzakładowa. Wszystko zależy od jej decyzji.
Działaczom koła emerytów zależy na bonach. – Przychodzą do nas byli hutnicy, z których wielu dziś biednie żyje – mówi Zofia Kupiec, która w głogowskiej hucie przepracowała 25 lat. – Mają po 400 zł miesięcznie na osobę w rodzinie. Widać ich nędzę – dodaje.
Za świątecznymi bonami optuje również Stowarzyszenie Emerytów i Rencistów Byłych Pracowników KGHM.
To, czy osoby, które zęby zjadły na budowie i pracy w hucie miedzi dostaną bony, zależy teraz tylko od „Solidarności”. Związku, który nie wiadomo już czyje interesy tak naprawdę reprezentuje.
PK
Na początku polskiej transformacji mówiono, że zmierzamy do Ameryki, ale nikt nie mówił, że Łacińskiej
Polska jak Meksyk
Polska ma największe nierówności płacowe w Unii Europejskiej. Bogaci zarabiają niemal 14-krotnie więcej niż biedni. Taką informację przyniósł najnowszy raport Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).
Eksperci OECD zbadali przeciętne zarobki we wszystkich 30 państwach członkowskich organizacji, skupiającej najbardziej rozwinięte gospodarczo, oficjalnie demokratyczne, kraje świata. Twórcy raportu policzyli przeciętne zarobki najbogatszych i najbiedniejszych 10 proc. każdego społeczeństwa. Następnie obliczyli, ile razy więcej zarabia najbogatsza grupa.
Co wynika z raportu? W socjalnych gospodarkach Danii i Szwecji bogaci zarabiają niespełna pięć razy więcej niż biedni, ale w Meksyku aż 25-krotnie więcej. Liberalna amerykańska gospodarka daje Stanom Zjednoczonym wysoki wynik 16:1 na korzyść najbogatszych, podczas gdy większość krajów Unii ma znacznie mniejsze rozwarstwienie. W Wielkiej Brytanii to 10:1, w Niemczech około 7,5:1.
Polska z wynikiem 13,5:1 ma najwyższe rozwarstwienie w całej UE, znacznie też odbiega od innych krajów Europy Środkowej. I tak najbogatsi Czesi zarabiają średnio 5,5 razy tyle co ich najbiedniejsi rodacy, na Słowacji bilans ten wynosi około 6:1, a na Węgrzech – 7:1.
Czyli potwierdza się to, o czym polski ruch związkowy i lewica donosiła od lat, a co wszyscy mogą zobaczyć na własne oczy. Potwierdzają to zresztą naukowcy – przykładowo z badań prof. Zofii Jacukowicz (IPISS) wynika, że „charakterystyczną cechą obecnych rozpiętości płac w Polsce jest bardzo duża komasacja wynagrodzeń w niskich przedziałach zarobkowych, poczynając od minimalnego wynagrodzenia do kwoty mieszczącej się w granicach 70–80 proc. płacy przeciętnej”, a „zaledwie 7 proc. zatrudnionych w Polsce ma wysokie wynagrodzenia, pozwalające na dostatni poziom życia i oszczędności”. Tylko w ciągu trzech lat – między 2004 a 2007 r. – udział wynagrodzeń w strukturze kosztów przemysłu spadł według GUS o pół procent – z 11,4 do 10,9 proc. A najlepszym dowodem na to, że ktoś się bogaci kosztem pracowników jest to, że w latach 2000–2006 wydajność w polskich firmach rosła w tempie ok. 30 proc., zaś płace – zaledwie 7 proc. Te zyski ze wzrostu wydajności gdzieś nie wyparowały, lecz zostały przechwycone właśnie przez bogate elity. Przypomnijmy zresztą raport międzynarodowej firmy konsultingowej HAY Group, z którego wynika, że wynagrodzenia członków zarządów polskich firm są już na poziomie niemieckim, gdzie menedżerowie zarabiają najlepiej w Europie. I ostatnia informacja: w Polsce od 10 do 50 tys. zł miesięcznie zarabia tylko 200 tys. osób. I jak tu się dziwić tym narastającym nierównościom?
A jednak są tacy, co się dziwią. Co więcej, niektórzy nawet dyskutują z faktami. Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Pracodawców Polskich „Lewiatan” twierdzi na łamach Dziennika (21.10.2008), że dysproporcje nie oznaczają wcale, iż biedni się nie bogacą. Powołuje się przy tym na badania przeprowadzone przez jego instytucję wespół z Forum Obywatelskiego Rozwoju – powołanego i kierowanego przez… Leszka Balcerowicza. Mordasiewicz nie cofa się zresztą przed opowiadaniem kompletnych farmazonów. Jego zdaniem, „gdyby Polska zdecydowała się na socjalny model skandynawski, to po 40 latach najuboższe 20 proc. społeczeństwa zwiększyłoby swój dochód 2,69 razy, a przy modelu liberalnym, dochód tej grupy wzrośnie aż 6,14 razy”.
Sami twórcy raportu OECD przestraszyli się wyników badań, do których doszli. Zauważają, że na całym świecie „widoczny jest wzrost nierówności dochodów, trwający co najmniej od połowy lat 80. XX w., a prawdopodobnie już od połowy lat 70.”, ale uspokajają – „dysproporcje rosną stosunkowo wolno”. Wolno, nie wolno – tu można dyskutować. Jedno jest pewne – ktoś na nas zbija fortunę.
Dariusz Zalega
Platformerskie łapska precz
od związkowców!
Naczelnik Wydziału Edukacji, Kultury i Kultury Fizycznej głogowskiego ratusza mści się na związkowcu, który odważył się mieć inne zdanie. O sprawie pisaliśmy w „Kurierze” sprzed 2 tygodni. Chodzi o różnicę zdań na temat tego, jak obchodzić przypadający na dzień 14 października Dzień Nauczyciela. Szefowa miejskiej oświaty, Hanna Żmuda twierdziła, że w tym dniu nauczyciele mają obowiązek przyjść do pracy. Innego zdania był natomiast Ludwik Lehman, przewodniczący Międzyzakładowej Komisji Pracowników Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” w Głogowie.
Związkowiec inaczej zinterpretował zapisy Karty Nauczyciela. Twierdził, że Dzień Nauczyciela jest dniem wolnym od pracy dla zatrudnionych w oświacie. Urzędniczka zaś stała na stanowisku, że jest dniem wolnym, ale od zajęć lekcyjnych. Spór przeniósł się na łamy związkowego biuletynu. Napisano w nim, że Hanna Żmuda naciskała na dyrektorów szkół podstawowych i gimnazjalnych, by ci kazali przyjść do pracy nauczycielem w dniu ich święta. W gazetce pojawił się też wierszyk o pani naczelnik. Poczuła się tym urażona.
Urzędniczka pozwie szefa „Solidarności” głogowskiej oświaty do sądu. Za co i czego się będzie domagać? – Powiem to w momencie, kiedy będę już składała pozew do sądu. Teraz jeszcze gromadzę dokumenty – mówi dziennikarzom. – Nie mogę pozwolić sobie na szarganie mojej osoby i podważanie mojej wiarygodności – informuje.
Hanna Żmuda dodaje, że niektóre szkoły ponadgimnazjalne wbrew przepisom odpracowały 14 października i w tym dniu miały wolne. Ale… szkoły ponadgimnazjalne to nie zakichana sprawa pani naczelnik! Mimo tego doniosła do kuratorium na te wielkiej wagi „nieprawidłowości”.
– Ciąganie się po sądach nie ma sensu, ale jeśli do tego dojdzie, będzie to z pewnością ciekawa sprawa – ocenia tymczasem Ludwik Lehman z „S”. Dodaje, że szykuje się na pewno bezprecedensowa sprawa. I podkreśla, że teksty zamieszczone w związkowym biuletynie nie miały charakteru obraźliwego. – Osoba publiczna musi liczyć się z tym, że jej działanie będzie komentowane, albo będą żarty na jej temat. Żaden zaś żart nie był tu niewybredny – mówi.
Nieudolna polityka oświatowa miasta Głogowa, polegająca na braku dialogu ze stroną związkową, doprowadziła do porozumienia się po wielu latach ogromnych podziałów oświatowych związków zawodowych w mieście – „Solidarności” i ZNP, mimo ogromnych podziałów. W obronie przewodniczącego Ludwika Lehmana wystąpiło Miejskie Koło Terenowe WZZ „Sierpień 80” w Głogowie. Działacze w specjalnym oświadczeniu zaprotestowali wobec straszenia odpowiedzialnością karną związkowca, który wykonuje tylko statutowe obowiązki.
Sprawa ma też wątek polityczny. Hanna Żmuda w ostatnich wyborach samorządowych startowała na radną z listy Platformy Obywatelskiej. Jak wiadomo, Platforma za punkt honoru postawiła sobie likwidację ruchu związkowego w Polsce. Na przykładzie Głogowa widać to doskonale. Odpowiedzialny za politykę mieszkaniową wiceprezydent Leszek Szulc (PO – a jakżeby inaczej!) postanowił wyrzucić z dotychczasowego miejsca siedzibę „Sierpnia 80”, a sam budynek… przekształcić w apartamentowiec i sprzedać.
Platformerskie brudne łapska precz od związkowców! Zajmijcie się lepiej tym, do czego się nadajecie – kastracjami.
PK
Tak się działa w strefach ekonomicznych, że…
Pracownicy błagają o pomoc

Po niespełna roku pracy mają dość! ,,Prosimy o pomoc, bo to co się wyprawia w TPV na linii 1A przechodzi ludzkie pojęcie. Mamy dość szykanowania przez kierowniczkę panią L.” – napisali do lokalnych mediów pracownicy fabryki telewizorów TPV Technology w Gorzowie Wielkopolskim.
TPV to fabryka nowoczesnych monitorów ciekłokrystalicznych. Do Polski przybyła z Tajwanu. Jej budowa zaczęła się w drugiej połowie 2007 roku. Osobiście kamień węgielny pod budowę zakładu zasypywał Krzysztof Dołganow, prezes Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, w obrębie której działa ten koncern. Fabryka zajmuje 32 tysiące metrów kwadratowych powierzchni terenu atrakcyjnego pod względem podatkowych. Szacunkowy koszt budowy fabryki to 41 mln euro. Docelowo w firmie pracę znaleźć miało według różnych danych od 1200 do 3000 osób. Obecnie pracuje ich 1800. Najczęściej są to kobiety.
Osoby te rekrutowano już na kilka miesięcy przed rozpoczęciem produkcji. W ciągu pierwszego tygodnia naboru zgłosiło się 300 osób. Grupę tę stanowili nie tylko zarejestrowani w gorzowskim Powiatowym Urzędzie Pracy, ale i pracownicy pobliskich fabryk Faurecii i Volkswagena. Wymagania nie były duże. Mile widziane było doświadczenie na stanowisku produkcyjnym. Ale niekonieczne. Początkowo oferowano 1250 zł brutto wynagrodzenia zasadniczego. Podczas rekrutacji zapewniano o bonusach: comiesięczna premia, dodatki na dzieci, dojazdówki i inne. Wyszłoby 1800 zł na rękę maksymalnie.
Firma wiedziała, co robi. Miasto na swój koszt przebudowało drogi dojazdowe i podciągnęło linie autobusowe. Z kolei Specjalna Strefa Ekonomiczna dała znakomite warunki podatkowe. Raj dla inwestora. Jak się okazuje – piekło dla pracownika. Latem ludzie na hali produkcyjnej mdleli z wyczerpania i panującej duchoty. Potwierdzają to inspektorzy pracy. Teraz zatrudnieni w TPV muszą znosić fatalne traktowanie ich przez kierownictwo.
„Narzędzia pracy pani Moniki L., to groźby, szantaż, prostackie zachowanie, nieprzemyślane i niezrozumiałe decyzje, których sama nie potrafi uargumentować. Według pani L. krzykiem i wytrząsaniem się nad pracownikiem można na nim wymusić, co się chce. Uważamy to za przejaw mobbingu i wprowadzenie terroru psychicznego. Odkąd została kierownikiem, nie było dnia ani godziny, żebyśmy nie byli szykanowani, obrażani i zastraszani” – napisali pracownicy. Domagali się także powrotu poprzedniej ich liderki pani S., która ,,traktowała pracowników po ludzku i wprowadziła przyjazną atmosferę w miejscu pracy” – opisali sprawę dziennikarzom robotnicy. Kopia listu trafiła również do dyrekcji TPV.
Co na to szefostwo tajwańskiego TPV? Ano, że po szeregu rozmów z osobą obwinianą przez pracowników, jej współpracownikami i przełożonymi wynika, że… „sytuacje opisane w piśmie nie potwierdziły się”.
I wydawać by się mogło, że w tej sytuacji do sprawy powinny się włączyć odpowiednie organa. Nic jednak bardziej mylnego! Komentując sprawę zza biurka Andrzej Machowski, zastępca okręgowego inspektora pracy w Zielonej Górze powiedział, że inspekcja tematem się nie zajmie, póki nie będzie mieć formalnej skargi. Inspektor nie zamierza opuszczać swojego biurokratycznego stanowiska pracy i udać się z kontrolą do TPV, za to pracowników zaprasza do siebie.
Robotnicy z gorzowskiej fabryki monitorów donoszą tymczasem, że po interwencji dziennikarzy jest jeszcze gorzej. „Jesteśmy szykanowani, zastraszani i upodlani przez kierowniczkę z jeszcze większą zaciekłością” – informują.
Inspektorzy pracy dalej nie zamierzają opuszczać swoich przytulnych zaciszy gabinetowych. Z perspektywy ich krzesła problem nie istnieje. Z punktu widzenia pracowników problem jest wielki. Urzędnicy PIP w zakładzie nie byli i rzeczy nie widzieli. Pracownicy stykają się z tym na co dzień. Kto ma więc rację? No właśnie…
PK
O podwyżki i wcześniejsze emerytury
Ratownicy medyczni walczą
To, że ratownicy medyczni na co dzień walczą o życie wielu ludzi, to nic nowego. Teraz przystępują do walki o wzrost wynagrodzeń i o wcześniejsze emerytury. Stanowczo sprzeciwiają się prywatyzacji służby zdrowia. Związkowcy domagają się jasnego i czytelnego stanowiska minister zdrowia, Ewy Kopacz w sprawie postulatów. Protestują od 23 czerwca br.
Trwają właśnie rozmowy związków zawodowych ratownictwa medycznego ze stroną resortową. Opór i niechęć ministerstwa do tych właśnie pracowników służby zdrowia doprowadził do współpracy Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego, Związku Zawodowego „Samopomoc”, Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Służb Ratowniczych i Wolnego Związku Zawodowego „Sierpień 80”. Wkrótce ma dojść do wspólnego spotkania i zaciśnięcia kontaktów. Wygląda na to, że organizacje związkowe – poza NSZZ „Solidarność” – będą mówić jednym głosem, jeśli chodzi o żądania.
Poza „Solidarnością”, bo właśnie temu związkowi zarzuca się dogadywanie na boku z Ministerstwem Zdrowia. – Związek ten kłania się pani minister w pas, a sama Kopacz chowa głowę w piasek – mówi Robert Szulc, szef KZZPRM. Nie wyklucza wnioskowania do premiera o zdymisjonowanie szefowej resortu zdrowia, a także minister pracy Jolanty Fedak i szefa doradców premiera, Michała Boniego.
Podobnie mówi OZZPSR. – Nie zgadzamy się z uzurpacją Krajowej Sekcji Pogotowia Ratunkowego i Ratownictwa Medycznego NSZZ „Solidarność”, która prowadzi rozmowy i podpisuje porozumienia z rządem w imieniu wszystkich pracowników ratownictwa medycznego w naszym kraju – podkreśla Janusz Głębski.
– „Solidarność” dzieli pracowników na lepszych i gorszych. Do tych gorszych według nich należą kierowcy karetek pogotowia ratunkowego, o których związek ten na przykład na Śląsku całkowicie zapomniał – dorzuca Marian Stanoszek z Zespołu ds. zdrowia Komisji Krajowej „Sierpnia 80”.
Czego domagają się działacze? Rozmów m.in. na temat zwiększenia nakładów na ratownictwo medyczne, finansowania sprzętu dla niego i uregulowań prawnych dotyczących zawodu ratownika medycznego, a w tym praw i obowiązków dla tego zawodu. Związkowcy chcą ponad to, by w ustawie o ratownictwie medycznym zagwarantowany został wzrost płac. Chcą też takich zmian w systemie emerytalnym, aby ratownicy – podobnie jak policjanci i strażacy – mieli prawo do wcześniejszych emerytur.
WZZ „Sierpień 80” i Krajowy Związek Zawodowy Pracowników Ratownictwa Medycznego wchodzą w skład Komitetu Protestacyjnego, który powołano na rzecz obrony prawa do wcześniejszych emerytur i co więcej, rozszerzenia go na inne zawody, w tym na ratowników medycznych.
Patryk Kosela