Coraz częściej słyszymy o rozmaitych przypadkach łamania praw pracowniczych.
Prasa nagłośniła już, w jak skandalicznych warunkach pracować musieli ludzie w marketach "Biedronka", głośno stało się też o jednej z sieci sklepów jubilerskich, gdzie kierownictwo wydało oficjalny nakaz prowadzenia podwójnej dokumentacji czasu pracy. I choć wydawało by się, że już trudno o wyraz bardziej lekceważącego stosunku do prawa obowiązującego w Polsce, znacznie bardziej bezczelni okazali się członkowie kadry zarządzającej ze spółek z grupy Telekomunikacji Polskiej.
Wielu pracowników jednej ze spółek TPSA, mianowicie TP-PubliTel - zgodnie z obowiązującym prawem - musiało odbyć szkolenia z zakresu BHP. Takie szkolenie powinno odbyć się w czasie pracy, na koszt pracodawcy i potrwać kilka dni. Jego zwieńczeniem powinien być egzamin. Władze TP-PubliTel podpisały więc umowy z firmami m.in. w Katowicach i Białymstoku na przeprowadzenie odpowiednich szkoleń dla kilkudziesięciu pracowników w każdym mieście. Jak sami twierdzili, firmy przeprowadzające szkolenia były "znane i cenione" na rynku.
I tak w efekcie 11 maja w Białymstoku odbyło się szkolenie BHP dla kadry kierowniczej. Przyjechało kilkudziesięciu pracowników, w tym nawet członek WZZ ,,Sierpień 80" Jerzy Mickiewicz - pełniący funkcję społecznego inspektora pracy w zakładzie. Zajęcia w Białymstoku trwały cztery godziny - od 9-tej do 13-tej. Podobnie wyglądały inne szkolenia, np. te przeprowadzane w Katowicach. Po kilku tygodniach wszyscy pracownicy, którzy przyjechali na kilka godzin do Białegostoku dostali zaświadczenia, z których wynikało, że na kursie przebywali od 6 do 11 maja i odbyli wymagane prawem 48 godzin zajęć, zakończonych egzaminem.
Oczywiście takie zaświadczenie zostało wystawione również Jerzemu Mickiewiczowi - przypomnijmy - społecznemu inspektorowi pracy, odpowiedzialnemu m.in. za przestrzeganie przepisów BHP w firmie.
Trudno więc chyba o większą bezczelność w wystawianiu fikcyjnych zaświadczeń, tym bardziej, że dotyczyły one osób na stanowiskach kierowniczych. Nie wiemy, na co liczyły władze spółki, jednak Jerzy Mickiewicz w takiej sytuacji nie miał innego wyjścia, jak poinformować o sprawie PIP oraz prokuraturę. Śledztwo w tej sprawie było krótkie. Udowodniono, że przynajmniej w dwóch przypadkach szkolenia były fikcyjne. Prokuratura łatwo ustaliła, że pracownicy, którzy na jednym dokumencie dostali poświadczenie odbywania szkolenia w Katowicach czy Białymstoku, równocześnie podpisywali listę obecności w pracy w np. Olsztynie, byli na urlopach wypoczynkowych lub na zwolnieniach lekarskich. Gdy sprawa stała się głośna, niektórzy kierownicy w akcie desperacji, przy pomocy korektorów i gumek do mazania usiłowali fałszować swoją dokumentację czasu pracy, aby poświadczyć swoją obecność na szkoleniach. Nic to jednak nie dało - dowody oszustwa były przytłaczające.
Prokuratura i sądy wykonały swoje zadanie - skazane zostały osoby zarówno z TPSA, jak i firm, wystawiających "lewe" zaświadczenia o przeprowadzanych szkoleniach. Jednak władze firmy postanowiły zemścić się na społecznym inspektorze pracy tylko za to, że sumiennie wykonywał swoje obowiązki. Z racji funkcji, którą pełni Jerzy Mickiewicz, nie można go zwolnić natychmiast. Jednak, gdy sprawa fikcyjnych szkoleń wyszła na jaw, od razu umieszczono go na liście pracowników, którzy będą zwolnieni w przyszłości. Jakby tego było mało, zlikwidowano mu stanowisko pracy, pozbawiono premii i szykanuje się go na wiele innych sposobów. Oczywiście takie działania są równie bezprawne, jak "papierowe" szkolenia BHP. O tym jednak decydenci TPSA prawdopodobnie dowiedzą się znowu od prokuratora.