Kielce mają dwóch prezydentów. Obaj są legalni - w swoim mniemaniu.
Obaj gorliwie urzędują pozamykani w gabinetach, z których nawzajem chcą się wyrzucać. Do wyrzucania samozwańczych prezydentów potrzebni są murzyni. Jak wiadomo od wykonywania czarnej roboty zawsze są murzyni. Z braku murzynów wyrzucaniem samozwańców zajmuje się straż miejska. Ponieważ ta zgłupiała reagując na polecenia raz jednego raz drugiego prezydenta, obecnie w Kielcach są również dwie straże miejskie. Podobne żenujące i kompromitujące sceny odgrywane są przez dwóch dorosłych facetów, którzy nie noszą już krótkich majteczek i na razie jeszcze nie strzelają do siebie z procy. Urzędnicy miejscy pochowali się niczym myszy po kątach i oczekują pełni trwogi jak się skończy cały ten cyrk. Zamykają się w swoich pokojach i drżą aby przypadkiem nie wejść w drogę któremuś z urzędujących prezydentów. Nie chcieliby przecież odmówić wykonania polecenia legalnemu prezydentowi albo co gorsza spełnić życzenie prezydenta nielegalnego. Nie ma jeszcze skutecznej metody rozpoznania który prezydent jest prawdziwy, a który to imitacja. Tymczasem panowie prezydenci wzajemnie kradną sobie pieczątki, wydają sprzeczne polecenia, unieważniają swoje decyzje. Chwilowo szala przewagi przechyliła się na stronę tego, który zawładnął skarbnikiem ale i na to znajdzie się rada: - powołanie przez konkurenta drugiego posłusznego sobie skarbnika. Nie doszło na razie do wymiany ognia pomiędzy zwolennikami samozwańców. Władza odwołała się do wyższego szczebla czyli do wojewody. Wyższy szczebel uznał, że sytuacja jest na tyle skomplikowana, że musi skończyć się interwencją samego premiera. Premier dla Kielc nie ma czasu, ani serca odkąd na kieleckim rynku fetowano Kwaśniewskiego, czym skopano jego jedynie słuszną koncepcję 12 regionów. W ten sposób mieszkańcom Kielc przyjdzie jeszcze długo znosić uroki dwuwładzy.