Rząd Marka Belki dostał nieoczekiwane wsparcie polityczne - w jego rządzie znalazł się Marek Balicki, który po raz drugi został ministrem zdrowia.
Wątpliwe, żeby to pomogło pacjentom.
Balicki był ministrem zdrowia ponad rok temu, w styczniu 2003 r., w ekipie Leszka Millera zastąpił Mariusza Łapińskiego. Długo na tym stanowisku jednak nie zabawił, już w kwietniu 2003 podał się dymisji.
Od marca br. Marek Balicki jest w nowej partii - Socjaldemokracji Polskiej Marka Borowskiego. Jeszcze niedawno Balicki ostro atakował rząd Belki, teraz sam się w nim znalazł. Chociaż liderzy Socjaldemokracji Polskiej oficjalnie temu zaprzeczają, to faktycznie ich partia znalazła się w koalicji rządzącej, razem z SLD-UP oraz Federacyjnym Klubem Parlamentarnym Romana Jagielińskiego - SdPl przecież poparła rząd Belki w sejmowym głosowaniu nad udzieleniem mu wotum zaufania, teraz wprowadziła swojego ministra do jednego z najważniejszych resortów. Jak publicznie przyznał Marek Borowski, szef SdPl, on sam wpadł na pomysł, żeby jego partyjny kolega Balicki został ministrem zdrowia w rządzie Marka Belki.
Nowy-stary minister zapowiedział, że będzie chciał współpracować z każdą partią, która chce naprawy systemu służby zdrowia. Balicki zapowiedział także szybkie zmiany personalne w Ministerstwie Zdrowia oraz "ciężką pracę".
Obecnie najważniejsze prace dotyczące systemu służby zdrowia trwają w sejmowej Komisji Zdrowia, która od kilku tygodni dyskutuje nad nową ustawą mającą określać zasady funkcjonowania służby zdrowia i leczenia pacjentów. Obecnie obowiązującą ustawę o Narodowym Funduszu Zdrowia, Trybunał Konstytucyjny uznał za sprzeczną z Konstytucją, w efekcie czego ma ona obowiązywać tylko do końca tego roku. Nad nową ustawą dopiero trwają pracę. Żeby omawiana właśnie ustawa mogła wejść w życie od stycznia 2005 roku, prace nad nią w sejmowej Komisji Zdrowia powinny zakończyć się w ciągu kilku najbliższych tygodni. To wydaje się wątpliwe, ponieważ posłowie zgłosili bardzo wiele poprawek do projektu ustawy, nad którymi co chwilę dochodzi do kłótni i sporów. W wyniku przeciągających się prac w Komisji Zdrowia zaczęły pojawiać się głosy nawołujące do tego, aby Komisja przygotowała tylko tzw. tymczasową ustawę regulującą tylko najważniejsze kwestie, a całościowy kształt systemu zdrowia miałby być przygotowany na spokojnie później. Czy tak się stanie jeszcze nie wiadomo.
Balicki został po raz drugi powołany na ministra zdrowia w czwartek, 15 lipca, więc nie zdążył jeszcze przedstawić nawet zarysu swoich planów. O tym, że trzeba rozwiązać trudną sytuację w służbie zdrowia mówili wszyscy poprzedni ministrowie a jak widać nie za bardzo im się udało.
Wiadomo, że jest kilka najważniejszych kwestii: uregulowanie i wyjaśnienie zasad na jakich placówki medyczne będą podpisywały w przyszłym roku kontrakty na leczenie pacjentów. Balicki zapowiada decentralizację obecnego systemu, gdzie decydujący głos należy do Narodowego Funduszu Zdrowia. Trzeba sobie zdawać sprawę, że za decentralizacją i oddaniem decyzji o kontraktach do poszczególnych województw, może pójść zróżnicowanie jakości leczenia pacjentów. W Polsce, o czym minister zdrowia powinien wiedzieć, są województwa bogate i biedne - w tych pierwszych, gdzie stopa bezrobocia jest mniejsza, a zarobki są większe, niż w innych regionach, będzie więcej pieniędzy na leczenie niż w tych województwach, gdzie bezrobocie jest wysokie, a płace niskie.
W nowej ustawie zdrowotnej mają się znaleźć zapisy o tym, co pacjentowi należy się w ramach ubezpieczenia zdrowotnego, a co mu się nie należy. Za to co mu się nie należy będzie musiał dodatkowo dopłacić. Gdyby Polska była krajem mlekiem i miodem płynącym, rosła stale w siłę, a ludzie żyli dostatnio, na te plany można by było przymknąć oko. Rzecz w tym, że tak nie jest. Na koniec roku 2003 ok. 11,7 proc. Polaków żyło poniżej minimum egzystencji, a ok. 59 proc. poniżej minimum socjalnego. Jak łatwo się domyśleć tej znacznej części polskiego społeczeństwa nie będzie stać na dodatkowe opłaty za leczenie. Niedawno w mediach pojawiły się wyniki sondaży jednego z ośrodków badania opinii publicznej, z którego wynika, że ok. 70 proc. ankietowanych zgodziłaby się na dodatkowe opłaty, gdyby wiedzieli, że w zamian dostaną lepszą opiekę medyczną. Od dawna wiadomo, że sondaże społeczne można łatwo zmanipulować, można tak zadać pytanie, żeby uzyskać pożądaną odpowiedź. O wiarygodności sondaży, świadczą też wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, które znacząco się różniły od tego, co pokazywały wcześniej sondaże.
Nawet zakładając, że wyniki tego sondażu są prawdziwe lub "zbliżone" do prawdy i rzeczywiście 70 proc. Polaków jest gotowych płacić za dodatkowe usługi medyczne, to wciąż nam pozostaje niemała bo 30 proc. część, która z różnych przyczyn, nie jest gotowa ponosić dodatkowych opłat za leczenie. Tej liczby nie można zbyć krótkim "no to trudno" i zająć się innymi sprawami. Zbył łatwo wielu polityków i przedstawicieli części środowiska medycznego mówi o konieczności wprowadzenia opłat za niektóre świadczenia medyczne. Już dzisiaj spora część Polaków nie jest w stanie wykupić sobie nawet leków, wątpliwe więc, żeby było ich stać na dodatkowe leczenie. Traktowanie zdrowia jak zwykłego towaru, który jest dostępny tylko dla tych, których na to stać, jest niczym innym jak tylko skandalem.