Przedruk za ,,Życie", z 28 maja 2004 r.
Podczas konferencji prasowej z przedstawicielami związków zawodowych producentów odzieży , 3 sierpnia 1995 w Kalifornii, dziennikarze zostali poproszeni o sprawdzenie metek na swoich ubraniach. Okazało się, że 1/3 z nich nosi ubrania sygnowane przez firmę ,,Macy's and Filene's". Następnie związkowcy przedstawili wstrząsające zdjęcia, filmy i dokumenty.
Fabryka znajdująca się na przedmieściach Los Angeles w El Monte zatrudniała 72 Tajów. Cudzoziemcy po odebraniu z lotniska przewożeni byli do fabryki i już jej nie opuszczali. Pracowali 16 godzin na dobę. Za godzinę pracy otrzymywali przeciętnie dolara sześćdziesiąt centów. Przez pierwsze dwa tygodnie pracowali za ok. 50 centów na godz., reszta miała pokryć koszty transportu poniesione przez pracodawcę. Po dniu ciężkiej pracy, z jedną dwudziestominutową przerwą i kilkoma pięciominutowymi (za pracownikiem, który chciał skorzystać z toalety, szedł wartownik i z zegarkiem mierzył mu czas, który odliczany był od przepracowanego okresu), grupa cudzoziemców szła na strych budynku fabryki, gdzie spali w zamkniętym pomieszczeniu, pilnowani przez straż. Bito ich regularnie, a dwaj Tajowie, którzy próbowali uciec zostali dotkliwie pobici i odesłani do Tajlandii.
Przez niemal trzy lata fabryka prosperowała bez wymaganych zezwoleń. Wszystko to działo się w Stanach Zjednoczonych, uznawanych za najbardziej sprawiedliwy, rozwinięty i tolerancyjny kraj. Współczesne niewolnictwo najczęściej kojarzy się nam z przymuszaniem kobiet do pracy w domach publicznych. Jest to jednak tylko jedna z form tego procederu.
Wiele twarzy niewolnictwa
W 1949 z inicjatywy Rady Gospodarczo - Społecznej ONZ (ECOSOC) powołano ad hoc Komitet Ekspertów ds. Niewolnictwa. Komitet sformułował definicję współczesnego niewolnictwa. Składa się na nią szereg sytuacji, które stanowią pogwałcenie praw człowieka. Obok tradycyjnego pojęcia niewolnictwa i handlu niewolnikami definicja Komitetu wymienia także handel dziećmi, dziecięcą prostytucję i pornografię, wykorzystywanie dzieci do pracy, obrzezanie dziewczynek, udział dzieci w konfliktach zbrojnych, szantaż materialny, handel ludźmi i organami ludzkimi oraz praktyki apartheidu i kolonializmu.
Tak duża skala działań uznawanych za współczesne niewolnictwo nie pozwala na dokładne określenie liczby osób, które są w jakikolwiek sposób zniewolone i wykorzystywane przez innych. Według organizacji Anti - Slavery International, zajmującej się zwalczaniem niewolnictwa, oszacować ją można na 27 mln osób. Jak podkreślają działacze organizacji, jest to liczba przybliżona, ponieważ wiele fabryk, plantacji czy domów publicznych, w których zmusza się pracowników do pracy ponad siły za minimalną lub żadną pensję działa nielegalnie i ich istnienie pozostaje tajemnicą. Są jednak dowody na to, że proceder ten jest niezwykle popularny nawet w krajach wysoko rozwiniętych, i z każdym rokiem się nasila. O skali zjawiska może świadczyć liczba stu milionów dzieci poniżej 12 roku życia (według obowiązujących konwencji nie wolno zatrudniać ich w jakikolwiek sposób), które, według danych Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO) zmuszane są do pracy.
Dzieci
Wykorzystywanie dzieci to najbardziej wstrząsający przykład niewolnictwa. Dla osób, dla których liczą się tylko pieniądze, dzieci są najlepszym źródłem dochodu: utrzymanie 8 - czy 10 - latka jest bardzo tanie, małe dziecko niewiele je, a przebywając w zamkniętym pomieszczeniu z czasem będzie się bało wychodzić. Dziecko najłatwiej zastraszyć , złamać w nim ducha walki, przekonać, że rodzina go nie chce i tylko pracodawca może mu pomóc. Dziecko nie będzie się skarżyć, a jego zwinne palce nadają się do wykonywania prac wymagających delikatności. Dlatego właśnie w Indiach, Nepalu czy Pakistanie producenci dywanów chętnie kupują dzieci od biednych rodzin.
Miesiąc życia za córkę
Przedsiębiorcy z subkontynentu indyjskiego już za 65 dol. Mogą zyskać młodego, posłusznego pracownika, który będzie na ich usługach przez lata. Rodzina zyska w zamian szansę na przeżycie kolejnego miesiąca czy dwóch. Według szacunków UNICEF co roku rodziny sprzedają około 100 tys. dzieci. Ich cena jest tym wyższa , im młodsze jest dziecko. Czasem wpływ na nią ma także płeć dziecka - dziewczynki będą nie tylko pracownicami, lecz także kochankami właścicieli. 90 dolarów wydane na małoletniego pracownika zwraca się, w najgorszym wypadku, po dwóch tygodniach pracy.
W wielu krajach Afryki Zachodniej 90 dolarów jest kwotą nieosiągalną: kobiety i dzieci kosztują tam od 20 do 70 USD. W Togo czy Beninie handel członkami rodziny stał się czymś na tyle powszechnym, że jeśli właściciel nie jest zadowolony z ,,towaru" może zwrócić się do rodziny o zwrot pieniędzy, często z odsetkami. Dlatego przehandlowane żony, córki i siostry starają się wykonywać wszelkie polecenia pracodawcy, oby tylko nie narazić bliskich na koszty. Z perspektywy kraju europejskiego zachowanie takie jest co najmniej niedorzeczne, jednak społeczeństwo, w którym dorastają przyszłe ofiary, piętnuje wszelkie przejawy nieposłuszeństwa wobec rodziny. Dla kobiety czy dziecka, które naraziło rodzinę na wydatki, nie ma powrotu do domu czy wioski. Co gorsza, cała rodzina zostaje wyklęta, a jej członkowie traktowani są jak trędowaci. Ofiary tolerują więc los, jaki je spotkał, w imię wyższego dobra.
Szantaż materialny
Inna forma niewolnictwa dotyka emigrantów, którzy podejmują się każdej pracy, aby przeżyć na obcym terenie. Pracujący w pocie czoła w fabryczkach butów lub odzieży w USA, Japonii czy Wielkiej Brytanii cudzoziemcy są zazwyczaj ofiarami oszustów. Podobnie jak wspomniani Tajowie, których do pracy w Kalifornii zwerbował rodak, zamykani są w miejscach pracy. Ich dzień pracy wynosi w najlepszym wypadku 12 godzin, a pensja stanowi 1/5 najniższej płacy krajowej. Pośrednicy często uzależniają ofiarę w jeszcze inny sposób: pomagają w załatwieniu transportu, mieszkania czy pracy proponując zarazem, by pracodawca przez jakiś czas oddawał im , w ramach wynagrodzenia , część pensji nowego pracownika. Zaprzyjaźniony z nimi właściciel fabryki lub hotelu również ponosi koszty związane z zatrudnieniem nowej osoby i jako spłatę długu , na który składają się m.in. opłaty za wodę zużywaną do mycia, zabiera resztę pensji. Mimo coraz cięższej pracy, dług nieszczęśnika wcale się nie zmniejsza, a na jego spłatę pracować trzeba coraz więcej. Ta forma współczesnego niewolnictwa uznawana jest za najbliższą niewolnictwu tradycyjnemu. Ofiary nie mogą opuszczać miejsca pracy ani spotykać się z osobami spoza zakładu. Niekiedy nawet rozmowy z kolegą z pracy czy pokoju są niedozwolone i karane dodatkowymi opłatami, potrąceniami z pensji.
Lin Lin
W 1990 r. Lin Lin miała 13 lat. We wrześniu 1989 r. zmarła jej matka. Po powtórnym małżeństwie ojca wyjechała wraz z nim z rodzinnej wioski Chom Dtong do Mea Sai.
- Byłam za młoda, by uzyskać birmański dowód osobisty, więc tata zapłacił za mój paszport w jedna stronę 30 dol. Po przyjeździe do Mae Sai ojciec prosto z dworca autobusowego zaprowadził mnie do agencji pośrednictwa pracy - opowiada 27-letnia dziś kobieta. Agent, który zapłacił panu Lin 480 dol. za trzynastolatkę zapewnił, że znajdzie dla niej pracę w Tajlandii. 480 dol., za które agent wykupił Lin , stało się jej długiem, który miała odpracować w zakładzie należącym do przyjaciela pracownika agencji. - Wsadził minie do autobusu, jadącego do Bangkoku. Razem z mną jechała Thaj Lu (15 - latka) oraz pani Shan - Tajka , która miała być naszą opiekunką w czasie podróży. Po 43 godzinach jazdy zatłoczonym autobusem wysiadłyśmy w stolicy Tajlandii. Tam czekał na nas agent z Mae Sai. Po szybkiej kąpieli obie dziewczynki zawieziono do Kanchanaburi. Tam trafiły do hotelu Ran Dee Prom, który w rzeczywistości był domem publicznym. Od razu zostały zmuszone do pracy. Pracując w Ran Dee kobiety były zmuszane nie tylko do prostytucji. Pracowały jako pokojówki, kucharki, kelnerki. Ze względu na wzmożone kontrole policji dziewczęta po miesiącu zostały przewiezione do innego hotelu, należącego do siostry właściciela hotelu Ran Dee Prom. Lin Lin byłą najmłodsza spośród wszystkich dziewcząt znajdujących się w Juja Hotel 109. - W tym nowym hotelu było nas około stu. Mniej więcej połowa nie skończyła jeszcze 16 lat, ale ja i tak byłam najmłodsza. Wszystkie dziewczyny mówiły do mnie ,,baby" - wspomina. Podczas dziewięciu miesięcy pracy w hotelu Juja 109 Lin Lin miała zapewnione zakwaterowanie i wyżywienie. Wszelkie dodatkowe wydatki, jak kosmetyki (choćby mydło, szampon czy papier toaletowy) oraz ubrania pracodawczyni Lin Lin pokrywała z jej pensji; dziewczyna mogła zatrzymać jedynie napiwki. Gehenna nastolatki trwała trzy lata. Przez ten czas pracowała w restauracjach, pubach, klubach, służących za przykrywkę dla domów publicznych. Nigdy nie zobaczyła pieniędzy, które klienci płacili za spędzone z nią chwile. Kiedy upominała się o nie słyszała, że jeszcze nie spłaciła swojego długu, a jeśli tego nie zrobi, może pracować jako prostytutka do końca życia. Ponieważ pracodawca nie zezwalał na wizyty u lekarza, Lin Lin nawet nie wie, kiedy dokładnie zaraziła się wirusem HIV. O AIDS dowiedziała się dopiero w 1993 r., kiedy policja zorganizowała najazd na hotel, w którym wówczas pracowała. Historia Lin Lin jest jedną z około dwudziestu, jakie można znaleźć wśród dokumentów organizacji Anti - Slavery i jedną z tysięcy opowieści współczesnych niewolników, do których udało się dotrzeć pracownikom organizacji pomagającym wyzyskiwanym.
Nie ma kary
Właściciele nielegalnych fabryk, domów publicznych, plantacji czują się bezkarni. Nawet w momencie odkrycia ich działalności przez policję czy inspekcje z urzędów pracy koszty, jakie ponoszą w rezultacie rozpraw sądowych czy płaconych kar, są niewielkie w porównaniu z profitami, jakie niesie wyzysk innych. Nawet potępienie w oczach klientów nie jest w stanie zmusić ich do zaniechania tego procederu. Ludzie szybko zapominają kto i w jakich warunkach produkuje smakowite cygara czy przepiękne dywany. A nazwę firmy łatwo zmienić, siedzibę przenieść do innego państwa, ,,zatrudnić" nowych pracowników. Godność osoby ludzkiej raz jeszcze przegrywa w rywalizacji z rachunkiem strat i zysków.