Musimy odbudować siłę związków zawodowych
Związki zawodowe powinny trzymać się z dala od polityki - takie twierdzenie wmówili Polakom liberałowie w ciągu ostatnich lat. Efektem tego jest skrajnie antypracownicza polityka wszystkich kolejnych rządów.
Miejscem tworzenia prawa jest parlament - czyli Sejm i Senat. Oczywiście jest wiele grup i środowisk, które z zewnątrz naciskają (czyli "lobbują") posłów i senatorów do przyjęcia odpowiednich ustaw i rozwiązań. Jednak lobbowanie z zewnątrz i zasiadanie samemu w parlamencie to oczywiście dwie różne rzeczy. Wiadomo, że będąc parlamentarzystą ma się zdecydowanie większe możliwości wpływu na kształt prawa. Jak wygląda lobbowanie z zewnątrz każdy miał okazję się przekonać na przykładzie tzw. afery Rywina. O ile łatwo sobie wyobrazić chętnych do lobbowania na rzecz określonych grup interesu, o tyle trudno uwierzyć w to, że znajdą się lobbyści, którzy chcieliby lobbować na rzecz osób bezrobotnych, pielęgniarek czy innych środowisk pracowniczych. Liberałowie nie lubią bowiem kiedy biedni mieszają się do polityki, a członkowie związków zawodowych to ludzie o skromnych lub bardzo skromnych dochodach. O nich żaden Rywin upominać się nie będzie. Dlatego każda kolejna reforma prawa pracy, systemu emerytalnego, czy finansów publicznych sprowadza się wyłącznie do jednego - ograniczania lub odbierania uprawnień środowisk pracowniczych, emerytów rencistów i bezrobotnych oraz cięcia wydatków na cele społeczne. Aby temu przeciwdziałać związki zawodowe nie mogą pozwolić zamknąć się za bramą zakładu pracy i z daleka przyglądać się zdominowanej przez liberałów, działalności politycznej.
Prawo stanowione przez parlament jest źródłem większości problemów środowisk pracowniczych. Można ograniczyć się wyłącznie do walki ze skutkami złego prawa. Jest to jednak działanie uciążliwe i rzadko kiedy przynosi zamierzony efekt. O wiele lepiej i skuteczniej jest przeciwdziałać przyczynom problemów, niż ograniczyć się do walki z ich skutkami. Przyczyny zła rodzą się na etapie stanowienia prawa w parlamencie, do walki ze skutkami złego prawa, pozostaje nierzadko wyłącznie ulica.
Grzech zaniechania
Rozpoczęta kilka lat temu ofensywa liberałów i środowisk antypracowniczych doprowadziła do powstania przekonania, że związki zawodowe powinny trzymać się z dala od polityki, a tym samym od parlamentu. To przekonanie jest dzisiaj dominujące w większości "niezależnych" mediów i wśród polityków. Niestety, przekonało się do tego także wielu działaczy związkowych, uważających, że związki powinny zamknąć się w zakładach i zająć się tylko organizowaniem kolonii dla dzieci i ewentualnie festynów. Efektem tego są kolejne liczne antyspołeczne i antypracownicze rozwiązania prawne wypływające z Sejmu i Senatu.
Przykładów takich rozwiązań jest oczywiście wiele. Do np. bulwersujących należy zapis mówiący, że od zbiórek pieniędzy na leczenie dziecka trzeba zapłacić podatek. Wyobraźmy sobie sytuację, że ktoś posiada dziecko chore na rzadką chorobę, której wyleczenie jest bardzo kosztowne i musi na to przeznaczyć np. 100 tys,. złotych ale nie ma takich pieniędzy. W celu zebrania takiej kwoty rozpoczyna więc publiczną zbiórkę wśród rodziny, znajomych, poprzez ogłoszenia w prasie. Okazuje się, że musi on zebrać nie 100 tys. potrzebne na leczenie ale więcej, ponieważ od zebranej kwoty musi zapłacić jeszcze podatek. Te jest ewidentny skandal. Takie rozwiązanie zostało wprowadzone, ponieważ w parlamencie nie było odpowiedniego nacisku ze strony sił prospołecznych - ocenia Daniel Podrzycki, Przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego Sierpień 80.
Podobna zasada obowiązuje również w przypadku zakładowych funduszy świadczeń socjalnych. Organizacje związkowe nie były w stanie zmienić zapisu mówiącego, że wypłaty z funduszu socjalnego w przypadku tragedii, która spotkała pracownika (np. wypadek) są również opodatkowane. Wypłaty takie nie są proporcjonalne do skali tragedii i kosztów z nią związanych (np. z kosztami leczenia). Okazję zmiany takich przepisów miała np. Solidarność, kiedy współtworzyła rządową koalicję AWS i wspierała rząd Jerzego Buzka.
Tracą tylko biedni
Innym przykładem antyspołecznych rozwiązań wprowadzonych w parlamencie, ponieważ nie było skutecznej, prospołecznej i związkowej siły, jest m.in. opodatkowanie oszczędności, wprowadzone przez rząd SLD-UP (tzw. podatek Belki). Oszczędności pochodzą już z pieniędzy objętych opodatkowaniem (np. z zarobków czy sprzedaży), podatek Belki jest powtórnym opodatkowaniem tych samych pieniędzy. Osoby o dużych, większych od średnich, dochodach mogą skorzystać z wielu form obejścia podatku Belki. Rozwiązania takie dla sporej części osób o przeciętnych dochodach są niedostępne, ponieważ instytucje finansowe oferujące obejście podatku Belki, żądają wysokich wpłat (np. kilkutysięcznych) na fundusz umożliwiający obejście opodatkowania oszczędności.
Do tych przykładów można dodać m.in. antypracownicze zmiany w kodeksie pracy, czy nieudane reformy służby zdrowia, w tym kształt ustawy o Narodowym Funduszu Zdrowia. To tylko te najbardziej ewidentne przykłady rozwiązań prawnych, które zostały wprowadzone, ponieważ w Sejmie i Senacie nie było przedstawicieli pracowników. Pozbawiony reprezentacji pracowniczej i związkowej parlament nie umie zająć się najważniejszymi problemami w naszym kraju, takimi jak np. bezrobociem czy rosnącym rozwarstwieniem społecznym.
Sejmowe warchoły
Przeciwnicy zajmowania się związków zawodowych polityką i wchodzenia do parlamentu, powołują się często na przykład Solidarności, która popierała kilka razy liberalne rządy, m.in. liberałów Jana Krzysztofa Bieleckiego i Leszka Balcerowicza, czy Jerzego Buzka. Wielu członków Solidarności, gdy tylko znalazło się w Sejmie, czy Senacie, szybko zapomniało o swoim związkowym rodowodzie i zamienili się w gospodarczych liberałów, wprowadzających w życie antypracownicze pomysły. Tymczasem aby uprawiać antypracowniczą i antyspołeczną działalność wcale nie trzeba być w Sejmie. Wśród związkowców, zwłaszcza "Solidarności", można znaleźć liczne przykłady takich, którzy nigdy w parlamencie nie byli, a w swoich zakładach pracy dawno sprzeniewierzyli się interesom związkowym i pracowniczym, przechodząc drogę od związkowca do biznesmena. Tacy pseudozwiązkowcy, dawno przestali się już przejmować problemami pracowniczymi ludzi, ba nawet problemami i sprawami członków własnych związków zawodowych, zajmując się wyłącznie budowaniem własnego imperium finansowego. Dla nich fotel przewodniczącego zakładowej organizacji związkowej jest niezbędny wyłącznie do załatwiania własnych, prywatnych, partykularnych interesów w prowadzonej przez siebie lub najbliższą rodzinę firmie.
Natura zdrajcy
Przykład przewodniczącego NSZZ "Solidarność" z kopalni "Silesia" - Kazimierza Żyrka, który swoje imperium finansowe zbudował, wykorzystując funkcję związkową, jest tu aż nazbyt widoczny. Dowodzi on również, że aby zdradzić i sprzeniewierzyć się interesom związkowym i pracowniczym, wcale nie trzeba być w parlamencie. Historia jest pełna przykładów takich, którzy sprzeniewierzyli się interesom związkowym, nie wychylając się za bramy swojego zakładu pracy i którzy, w tym czasie, publicznie głosili odżegnywanie się od jakiejkolwiek formy aktywności politycznej. Dzisiaj byłych członków Solidarności można znaleźć w kilku liberalnych partiach: Platformie Obywatelskiej, Unii Wolności oraz Prawie i Sprawiedliwości. Tak jak jedna jaskółka wiosny nie czyni, tak na jednym przykładzie Solidarności nie można wyciągać generalnych wniosków, że wszyscy związkowcy, jacy znajdą się w Sejmie czy Senacie się sprzedadzą i zapomną skąd się wywodzą.
Liberałowie i przeciwnicy obecności związków zawodowych w parlamencie i w polityce często mówią, że taka obecność będzie oznaczała destabilizację życia politycznego i gospodarczego, że związkowcy będą się zachowywali jak warchoły. Warto jednak spojrzeć na to co wyrabia obecny parlament, zdominowany przez liberałów różnych odcieni i trudno nie zauważyć, że Sejm jest centrum destabilizacji społecznej i gospodarczej. To właśnie ten Sejm może być symbolem warcholstwa, a trzeba pamiętać, że związkowców jest w nim bardzo niewielu.
Szanse muszą
być równe
Błąd tych członków związków zawodowych, którzy obecnie zasiadają w Sejmie czy Senacie polega na tym, że nie stworzyli oni frakcji związkowej, która byłaby jednolitym, zauważalnym głosem środowisk pracowniczych. Brak takiej frakcji w obecnym parlamencie nie oznacza, że po wyborach taka frakcja nie powstanie. Aktywność polityczna, jest takim samym prawem każdego obywatela, jak każda inna forma udziału w życiu społecznym kraju. Członkowie związków zawodowych nie są tu w niczym gorsi, ani lepsi od innych grup społecznych: dziennikarzy, naukowców czy biznesmenów. Czy związkowiec, aby uzyskać prawo do wniesienia projektu ustawy, w sprawie koniecznych dla reprezentowanej przez niego grupy zawodowej interesów, każdorazowo musi zebrać 100 tysięcy podpisów? Tyle bowiem potrzeba do wniesienia do sejmu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli. To samo prawo może przecież zrealizować kilkudziesięciu posłów, którzy w interesie pracobiorców, rzadko z tego prawa mają ochotę korzystać. Związkowcy mogą oczywiście dać zepchnąć się do całkowitej defensywy, pozwalając na całkowite wypchnięcie ich z życia politycznego. Ludzie pracy mogą pozwolić na to, aby wmówiono im, że dzieje się tak dla ich dobra. Tak jak wmówiono to niektórym pracownikom, głosząc, że związki zawodowe są w ogóle do niczego niepotrzebne, nawet na zakładach pracy, bo pracodawca to ludzki pan i bez związków potrafi dogadać się z każdym pracownikiem. Jak kończą się tego rodzaju eksperymenty, przekonali się ci, którzy funkcjonowali lub nadal funkcjonują u pracodawcy, u którego nie działają żadne związki zawodowe. Takim koronnym przykładem stosunków panujących u pracodawców, gdzie nie działały związki zawodowe, są supermarkety. Jak traktuje się tam pracowników i jakie prawa maja oni zagwarantowane, dziś wiedzą prawie wszyscy. Życie pracowników tam gdzie działają związki zawodowe, nie jest łatwe. Jednak tam gdzie ich nie ma wcale, nierzadko staje się dla pracownika koszmarem.
Światowa norma
W krajach Unii Europejskiej związki zawodowe aktywnie uczestniczą w życiu politycznym. Związki zawodowe były współzałożycielami lewicowych partii politycznych rządzących obecnie w czołowych państwach Unii: Niemczech (Socjaldemokratyczna Partia Niemiec) i Wielkiej Brytanii (Partia Pracy). W Stanach Zjednoczonych w trakcie wyborów prezydenckich wszyscy kandydaci zabiegają o poparcie związkowe, wiedząc, że jest to liczne i ważne środowisko. W krajach Unii związki zawodowe poprzez to, że są aktywne w życiu politycznym mogą skutecznie powstrzymywać liberalne i antypracownicze reformy.
Siłę związków z państw unijnych widać po licznych, częstych demonstracjach i protestach, organizowanych także w skali międzynarodowej. Przykładem takich międzynarodowych i międzyzwiązkowych akcji protestacyjnych były demonstracje organizowane 2 i 3 kwietnia br. przez związki zawodowe w kilku państwach Unii. W te dni w samych Niemczech na ulice wyszło ponad 500 tysięcy osób - działaczy związkowych i aktywistów organizacji społecznych. Liczne demonstracje odbyły się w tych dniach także we Francji, Hiszpanii, Austrii i we Włoszech. Wszystkie te protesty były skierowane przeciwko liberalnym reformom w gospodarce i niekorzystnym zmianom w prawie pracy, przeciwko zwolnieniom pracowników. Podobne, a nawet liczniejsze (czasami liczba demonstrantów np. w Hiszpanii, Włoszech i Francji jednego dnia przekraczała nawet 1 milion osób!), protesty organizowane przez związki zawodowe w krajach Unii Europejskiej pokazują, że tam związkowcy nie pozwolili na zamknięcie ich w zakładach pracy i ograniczenie ich tylko do organizowania kolonii letnich. Stanowią oni tam dużą i znaczącą silę polityczną, z którą kolejne rządy muszą się liczyć, nawet gdyby tego nie chciały robić. Związkowcy z państw Unii zrozumieli, że w pojedynkę trudniej im będzie nie tylko zdobyć nowe uprawnienia, ale i obronić stare. Dlatego coraz częściej organizowane są akcje międzynarodowe, kiedy związkowcy z różnych państw, z różnych związków występują pod tym samym hasłem, z tymi samymi żądaniami.
Sukces liberałów
W Polsce w ostatnich latach, związki zawodowe stały się obiektem ataku ze strony liberałów, którzy kiedyś sami byli związkowcami i aktywnie działali np. w Solidarności. To doprowadziło do osłabienia związków, co widać np. po tym, że nie są one w stanie zorganizować tak licznych i tak zorganizowanych demonstracji jak związkowcy w krajach Unii. W Polsce 10 tysięczna demonstracja uważana jest niemal za historyczny sukces, gdy tymczasem w państwach Unii Europejskiej takie demonstracje są niemal standardem, tam demonstrantów liczy się w dziesiątkach lub nawet w setkach tysięcy.
Próbując ograniczyć rolę związków zawodowych i zamknąć je tylko w zakładach pracy, bez wpływu na życie społeczne i polityczne, liberałowie chcą wprowadzić zasady obowiązujące w państwach Trzeciego Świata, albo w czasach komuny, kiedy związki były narzędziem w rękach władzy. Zgody na takie pomysły oczywiście być nie może!
- Polskie związki zawodowe muszą walczyć o należne im miejsce w życiu politycznym i społecznym - dlatego powinny być obecne w Sejmie i Senacie oraz w Parlamencie Europejskim. Około 80 proc. wszystkich rozwiązań prawnych w państwach Unii Europejskiej to regulacje płynące z centralnych organów UE. Jednym z nich jest Parlament Europejski, który zdobywa coraz większe uprawnienia, a więc rośnie jego znaczenie. Rezygnując z obecności w Parlamencie Europejskim rezygnujemy z wpływu na europejskie prawo, oznacza to oddanie władzy europejskim liberałom - dodaje Daniel Podrzycki.
Obecność w Parlamencie Europejskim dla polskich związkowców oznacza walkę o polepszenie sytuacji polskich pracowników oraz walkę z antyspołecznymi pomysłami euroliberałów.