Wydawałoby się, że głównym zadaniem szpitali i przychodni jest leczenie pacjentów.
Tak może było kiedyś. Od kwietnia podstawowym zadaniem szpitali jest liczenie pacjentów - tak wynika z zaleceń Narodowego Funduszu Zdrowia.
Do marca szpitale i przychodnie zdrowia otrzymywały z Narodowego Funduszu Zdrowia równą 1/12 część kwoty wartości kontraktu na cały rok. Wypłaty z NFZ następowały z miesięcznym opóźnieniem - co oznacza, że za zabiegi wykonane w lutym placówki służby zdrowia miały płacone w marcu a za usługi z marca w kwietniu.
Opłaty z NFZ za leczenie pacjentów w szpitalach od kwietnia (płacone w maju) będą opierały się na innych zasadach. NFZ poszczególnym zabiegom poprzyznawał określoną liczbę punktów - w zależności od tego, ile w danym miesiącu szpital "uzyskał" punktów z leczenia pacjentów tyle dostanie pieniędzy. Przy czym są oczywiście ograniczenia.
Jeśli dana placówka służby zdrowia zdobyła mniej punktów od podpisanego z NFZ kontraktu to niewykorzystane punkty przepadają. Jeśli natomiast szpital uzyskał za dużo punktów - czyli przyjął więcej pacjentów niż zapisano w kontrakcie - to za tych nadprogramowych delikwentów NFZ nie zapłaci.
Takie rozwiązanie doprowadzi do tego, że pod koniec każdego miesiąca pacjenci mogą być odsyłani z przychodni i szpitali z radą, żeby przyszli po pierwszym dniu następnego miesiąca. W przeciwnym razie ich przyjęcie doprowadzi do wzrostu zadłużenia placówek służby zdrowia, co może zakończyć się interwencją komornika lub nawet upadłością placówki. Na skraju upadłości stoi już wiele placówek medycznych w całej Polsce.
Urzędnicy Ministerstwa Zdrowia, próbując szukać jakiegoś rozwiązania kryzysu służby zdrowia, wpadli na pomysł, żeby niektóre ze świadczeń leczniczych były częściowo płatne. Działający przy ministrze zdrowia Zespół ds. Rozwiązań Systemowych w Ochronie Zdrowia przedstawił w marcu br. dokument pt. "Strategia zmian w systemie opieki zdrowotnej. Szansa przezwyciężenia kryzysu". W dokumencie tym zaproponowano podzielenie świadczeń zdrowotnych na dwie grupy: świadczenia gwarantowane - czyli w całości pokrywane z ubezpieczenia, za które pacjent nie musi już dodatkowo płacić oraz świadczenia rekomendowane, których koszt pacjent musiałby częściowo pokryć.
Wprowadzenie częściowej odpłatności za leczenie podzieli pacjentów na dwie grupy: tych, których stać na leczenie i tych, którzy na to nie mogą sobie pozwolić. Zdają sobie z tego sprawę "specjaliści" przygotowujący strategię dla ministra zdrowia, piszą oni w swoim dokumecie, że "wprowadzenie proponowanego mechanizmu doprowadziłoby do zróżnicowania sytuacji pacjentów, w zależności od ich sytuacji materialnej". Już dzisiaj wielu pacjentów nie może pozwolić sobie na wykupienie leków przepisanych przez lekarzy. Gdy do tego dojdzie konieczność płacenia za niektóre zabiegi lecznicze to z pewnością zdrowie wielu biednych pacjentów jeszcze bardziej się pogorszy.
Rząd Leszka Millera już liczy dni do swojego odejścia i nie wykluczone, że na początku maja Leszek Sikorski straci posadę ministra zdrowia. Dokument proponujący wprowadzenie opłat za leczenie jednak pozostanie. Ewentualny nowy minister zdrowia na pewno nie będzie prowadził polityki, która by znacząco różniła się od polityki obecnego ministra zdrowia, toteż można się spodziewać realizacji planu wprowadzania częściowej odpłatności za usługi medyczne.
Taki sam pomysł na polepszenie sytuacji służby zdrowia ma opozycja. Jeden z najbardziej znanych polskich lekarzy Zbigniew Religa stanął na czele zespołu tzw. specjalistów, który opracował swój program reformy reformy służby zdrowia. Także ten zespół zaleca podzielenie świadczeń zdrowotnych na dwie części: jedną opłacaną ze środków publicznych (czyli dla pacjenta bezpłatną) i drugą, za którą pacjent już by płacił. Zespół pod przewodnictwem Zbigniewa Religi proponuje także stworzenie systemu dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Na dodatkowe, prywatne ubiezpieczenia mogłaby pozwolić sobie jedynie niewielka część polskiego społeczeństwa.
Naprawianie służby zdrowia odbędzie się więc kosztem osób o niskich i przeciętnych dochodach, których nie będzie stać ani za płacenie za usługi medyczne ani na dodatkowe ubezpieczenie. To już kolejny przypadek, gdy szumnie nazywana "racjonalizacja wydatków" i "naprawiania finansów" oznacza wyciąganie pieniędzy z kieszeni większości społeczeństwa. Najbogatsza część Polaków bez żadnego wysiłku będzie mogła sobie pozwolić na dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne czy za płacenie w placowkach służby zdrowia. Demokracja ma polegać jednak nie na tym, żeby większośc społeczeństwa traciła, a zyskiwała mniejscość, która i tak jest już w lepszej sytuacji niż większość.