Przedruk za ,,Trybuna Wojewódzka", nr 2, 27 luty 2004 r.
Czy górnictwo zaczyna powoli wychodzić na prostą?
-Na bieżąco monitoruję wszystko, co dzieje się na rynku węgla. I przyznam, że wcale nie dziwię się ożywieniu dyskusji na temat górnictwa. Szczególnie wzrosło zainteresowanie rynkiem węgla koksowego.
Z ostatnich raportów wynika, że cena koksu na światowych rynkach dochodzi do 320 złotych za tonę. Korzystne tendencje utrzymują się też na rynku węgla energetycznego. Trzeba zatem zweryfikować program redukcji zdolności produkcyjnych polskich kopalń. To, co niektórym wydawało się racjonalne parę miesięcy temu, nijak nie przystaje do dzisiejszych realiów. Śmiem twierdzić, że gdyby nie rosnący import węgla do Polski, to dziś zabrakłoby tego węgla na potrzeby krajowe. I mówię tu zarówno o węglu koksowym, jak i energetycznym. Obecna sytuacja na rynku węgla dowodzi, że miałem rację przed trzema laty, gdy opowiadałem się przeciwko likwidacji kopalń.
Czy wierzy Pan w weryfikację programu restrukturyzacji górnictwa?
- Jeżeli ma nie dojść do swego rodzaju właścicielskiej kompromitacji, to ten program musi zostać zmieniony. Wystarczy bowiem spojrzeć na hutnictwo. Kiedy wszystkie huty były własnością Skarbu Państwa, stale mówiono o konieczności ograniczenia produkcji i zmniejszenia liczby hut. W momencie, gdy huty stały się prywatne, zaczęto mówić o potrzebie negocjacji z Unią Europejską w sprawie zwiększenia zdolności produkcyjnych polskiego przemysłu stalowego. I prawdopodobnie tak samo byłoby w przypadku górnictwa.
Kopalnie są państwowe i ciągle słychać, że trzeba je zamykać. A najpewniej nowy właściciel pokazałby, że jeśli wzrasta zapotrzebowanie na węgiel, to celowe jest zwiększenie wydobycia.
Mam cichą satysfakcję, że to co mówię się sprawdza. Ubolewam natomiast nad fatalnym sposobem przekazywania informacji na temat określonych decyzji. Przez to odbiór społeczny działań rządu jest negatywny. A przecież żaden rząd nie wprowadził takiej ustawy o restrukturyzacji, która darowałaby górnictwu 18 mld zł długu. Mimo to odbiór społeczny rządzenia polskim górnictwem jest fatalny. To przez wcześniej głoszoną teorię o konieczności likwidacji kopalń i zwalniania ludzi. W przedwyborczym programie SLD nie było mowy o likwidacji kopalń, tylko o dostosowaniu zdolności produkcyjnych do potrzeb rynku. A, jak widać, tego węgla potrzeba coraz więcej.
Co Pan sądzi na temat ewentualnej prywatyzacji Jastrzębskiej Spółki Węglowej?
- Mam nadzieję, że do tej prywatyzacji nie dojdzie. Dobrze byłoby natomiast, gdyby JSW realizowała swój program utrzymania poziomu wydobycia węgla koksowego i konsolidowała kopalnie w celu sięgnięcia po złoża dotychczas niedostępne. Dzięki temu, co najmniej przez najbliższe 15 lat JSW miałaby stabilną pozycję na rynku węgla koksowego. W przyszłości pewnie już sprywatyzowane branże - czyli elektroenergetyka i koksownictwo - wymuszą na górnictwie budowę nowych kopalń i zwiększenie zdolności produkcyjnych.
Czego najbardziej się Pan dziś obawia, jeśli chodzi o przyszłość górnictwa?
- Tego, że górnictwo nie wykorzysta szansy, jaką daje mu ustawa o restrukturyzacji. Narzędzie jest naprawdę fantastyczne. Kiedy jednak obserwuję rządzących polskim górnictwem oraz tych, którzy nadzorują to rządzenie - widzę, że drepczą w miejscu. A co najgorsze: stale wyciągają rękę po dokapitalizowanie. Widać, że niczego się nie nauczyli przez ostatnie lata. A państwo nie będzie już sponsorować górnictwa. Jeżeli teraz nie wykorzystamy szansy na wyprowadzenie tej branży na prostą, to drugiej szansy nie dostaniemy.