Trybunał Konstytucyjny stwierdził 7 stycznia, że ustawa o Narodowym Funduszu Zdrowia w wielu miejscach narusza Konstytucję, dlatego konieczne są zmiany.
Według Trybunału obecna ustawa nawet nie mówi tego, jakie prawa przysługują pacjentom. W efekcie zapowiedziano powołanie co najmniej trzech superzespołów mających przygotować reformę reformy slużby zdrowia. Ich prace nie przyniosą niczego dobrego.
Trybunał Konstytucyjny uznał, że zapisy ustawy o NFZ są niedookreślone i nieprecyzyjne, pozwalające na uznaniowe decyzje urzędników. Nie ma gwarancji równego dostępu do usług medycznych dla wszystkich ubezpieczonych, fikcyjna jest wolność wyboru szpitala gdzie chcemy się leczyć. Do tego wszystkiego dochodzi brak kontroli ze strony rządu i Sejmu.
Pomimo tych zarzutów ustawa o NFZ w obecnym kształcie będzie obowiązywała do końca tego roku. W tym czasie musi być przygotowana nowa ustawa. Prawnicy Trybunału powiedzieli, że nowa ustawa może dopuszczać różne warianty systemu opieki zdrowotnej: może być scentralizowany (czyli tak jak to jest obecnie), może być też powrót do systemu regionalnych kas chorych. To co, zdaniem Trybunału, w nowej ustawie musi się znaleźć to określenie zakresu usług medycznych opłacanych z funduszy publicznych.
Narodowy Fundusz Zdrowia powstał 1 kwietnia 2003 roku. To, że Fundusz powstał w prima aprilis było widać w jego działalności. Miał on ujednolicić w całym kraju poziom i cenę usług medycznych. W obowiązujacym wcześniej systemie kas chorych za tę samą usługę płacono różnie w różnych województwach, bogatsze województwa (m.in. śląskie, mazowieckie, wielkopolskie) dzięki większym składkom mogły zapewnić swoim mieszkańcom lepszą opiekę medyczną niż województwa najbiedniejsze. Dlatego przynajmniej z tego powodu, ujednolicenie zasad odpłatności w całym kraju było działaniem w dobrym kierunku. W zły sposób jednak się do tego zabrano.
Cała Polska obserwowała toczone pod koniec roku 2003 i na początku 2004 negocjacje pomiędzy ministrem zdrowia Leszkiem Sikorskim a przedstawicielami tzw. Porozumienia Zielonogórskiego (tworzonego przez lekarzy rodzinnych z kilku województw) nad zasadami kontraktów na świadczenie usług medycznych w tym roku. Największym problemem były oczywiście pieniądze, a raczej ich brak. Narodowy Fundusz Zdrowia utrzymywał, że nie może spełnić żądań lekarzy, bo nie ma na to pieniędzy, a lekarze mówili, że za proponowane przez Fundusz pieniądze nie da się dobrze leczyć pacjentów.
Niezależnie od tego jak mocno zreformuje się obecny system zdrowia (że reformy muszą być to jest jasne) to pozostanie jeden wielki problem - brak pieniędzy. Jasno widać, że pieniądze ze składek pacjentów nie wystarczają na pokrycie wystarczającej ilości usług medycznych. Wprowadzenie tzw. limitów, czyli założenie ile w danym roku dana placówka może przyjąć pacjentów (za tych "nadprogramowych" się nie płaci) jest niepoważne. System opieki zdrowotnej to nie fabryka w której można sobie takie limity produkcji określać. Polska w porównaniu do innych europejskich krajów przeznacza znacznie mniej pieniędzy na swój system opieki zdrowotnej. W naszym kraju wydatki na zdrowie sięgają ok. 6,3 proc. Produktu Krajowego Brutto. W porównywalnych do Polski Węgrach jest to 6,8 proc., a w Czechach już 7,3 proc. W krajach Unii Europejskiej wskaźnik ten jest jeszcze wyższy, w Belgii, która według brytyjskiej firmy zajmującej się oceną rynków służby zdrowia, World Market Research, ma najlepszy system zdrowotny w krajach rozwoniętych wydaje się 9 proc. PKB na zdrowie, we Francji 9,5 proc., w Niemczech 10,7 a w Szwajacarii 10,9 proc. Liczby te w przeliczeniu na jednego mieszkańca są jeszcze bardziej niekorzystne dla Polski, gdzie wydatki na ochronę zdrowia w roku 2002 wyniosły ok. 600 dolarów. Na Węgrzech na jednego mieszkańca wydano 841 dolarów, a w Czechach 1001 dolarów. W krajach UE wydawano jeszcze więcej.
Oczywiście nie mamy się co równać pod względem zasobności z Belgią, Niemcami czy Szwajcarią, ale z Węgrami czy Czechami już możemy. Jak to jest, że przy podobnych problemach gospodarczych i społecznych tam na służbę zdrowia potrafią wydać więcej pieniędzy niż w Polsce?
Ochrona zdrowia jest taką dziedziną, która musi kosztować, na początku XXI wieku nie można stosować przestarzałych metod, nawet jeśli są tańsze. Nie chodzi o cenę, a o skuteczność. W szukaniu dodatkowych pieniędzy są dwie drogi: albo nieznaczne podniesienie składki zdrowotnej płaconej przez pacjentów (np. o 0,25 czy 0,5 proc.) albo finansowanie usług medycznych z budżetu państwa (możliwa jest też kombinacja tych dwu systemów).
Minister zdrowia powołał już specjalny zespół, który ma przygotować założenia nowej reformy służby zdrowia. Drugi taki zespół powstanie w Sejmie, w jego skład mają podobno wejść przedstawiciele wszystkich parlamentarnych ugrupowań. Powstanie trzeciego zespołu zapowiedział także prof. Zbigniew Religa, który proponuje m.in. prywatyzację podstawowej opieki zdrowotnej i możliwość dopuszczenia na rynek służby zdrowia prywatnych firm ubezpieczeniowych. Te rozwiązania są jednak korzystne tylko dla najbogatszych, których będzie stać na wykupienie dodatkowego ubezpieczenia. W efekcie osoby bogatsze będą miały lepszą opiekę zdrowotną, a osoby, których na to nie będzie stać - czyli większość Polaków - będą skazani na gorszą jakość służby zdrowia. Będzie to oznaczało, że zamiast prawdziwej demokracji będziemy mieli system kastowy tak jak w Indiach.