Węgiel: mity i fakty (cz. II)
Rynek
Kolejni decydenci chętnie powołują się na rynek, odmieniając to słowo na różne sposoby, tylko dlatego, że służy im ono za uzasadnienie decyzji likwidacyjnych. Skoro tak chętnie powołują się na realia rynkowe, tłumacząc Polakom ekonomiczną konieczność likwidacji kopalń, do których wszyscy podobno dopłacamy, powinni przyjrzeć się, jak ten rynek wygląda. Gołym okiem widać to, oglądając długie kolejki przed bramami kopalń. Zwłaszcza teraz. Kiedy przypominamy sobie, że węgiel, a nie sok pomidorowy jest nadal w Polsce głównym nośnikiem, służącym do produkcji energii. Zarówno tej przez duże E elektrycznej i cieplnej wytwarzanej w elektrowniach i ciepłowniach. Jak i tej przez małe E, używanej w domach, które musimy ogrzać zimą. Aby kupić węgiel, trzeba przed bramą kopalni ustawić się w długiej kolejce. Trzeba w niej stać kilka dni. Chętni gotowi są płacić gotówką. Mimo to, kopalnie nie są w stanie zaspokoić zapotrzebowania. Obrazki ogromnych kolejek samochodów, oczekujących na węgiel, nie są jednak żadnym argumentem. Jak zwykle w takich wypadkach, jeśli fakty mówią coś innego niż się od nich oczekuje, tym gorzej dla faktów. Okazuje się, że na wielu składach węglowych w północnej Polsce, nie ma węgla. Dlaczego więc ciągle słyszymy o nadprodukcji węgla, skoro są ogromne problemy z jego kupnem.
Drogi tani węgiel
Część odpowiedzi na to pytanie zawarta jest w tym, że w ciągu ostatnich kilku lat, zużycie węgla przez odbiorców indywidualnych, spadło o kilkanaście milionów ton. Co stało się z tymi odbiorcami. Część z nich przeszła na gaz. Część natomiast ograniczyła zużycie węgla do minimum. Bardzo wielu ludzi po prostu na węgiel nie stać. Palą więc w swoich piecach wszystkimi możliwymi śmieciami lub w najlepszym wypadku drewnem, pustosząc okoliczne lasy. Ludzie kupują coraz mniej węgla. I trudno temu się dziwić. Węgiel po przejściu całego łańcucha różnych, niejednokrotnie zbędnych pośredników, jest bardzo drogi. Dziś tona węgla na bramie kopalni kosztuje od 100 do 150 złotych, co daje średnią około 130 złotych na tonie. Ten sam węgiel, w składach kosztuje od 400 do 600 złotych. Jeśli powiodą się obecne plany Ministerstwa Gospodarki węgiel będzie jeszcze droższy. Lecz nie z winy kopalń i górników. Ogromną różnicę między ceną węgla na bramie kopalni, a docelowym odbiorcą indywidualnym, konsumują pośrednicy. Rynek węgla jest spatologizowany. Nie ma na nim mowy o normalnych marżach kupieckich. Na węglu zarabiają praktycznie wszyscy za wyjątkiem kopalń i górników. Ceny sprzedaży węgla dla odbiorców indywidualnych w kwotach od 400 do 600 złotych, są dla wielu cenami zaporowymi. Skutecznie ograniczają one popyt na węgiel. Indywidualnych odbiorców nie stać na tak drogi węgiel. Windowanie cen węgla nie ma jednak nic wspólnego z kopalniami, które węgiel ten sprzedają na granicy opłacalności lub poniżej tych cen. Ucywilizowanie handlu węglem ograniczy wzrost jego cen w transakcjach finalnych, a to daje szansę na zwiększenie popytu. Produkując coraz mniej węgla będziemy produkować go coraz drożej. Droższy węgiel nie będzie znajdował nabywców i w ten sposób staniemy przed problemem kolejnej nadprodukcji kilku milionów ton. Znowu ograniczymy wydobycie i tak w kółko, do ostatniej kopalni i ostatniej tony węgla.
Im mniej tym drożej
Od zawsze wiadomo, że w górnictwie węgla kamiennego koszty są ściśle związane z wielkością wydobycia. W skrócie można powiedzieć, że oddaje to zasada 100 na 140. Oznacza ona, że 100 milionów ton węgla wydobywa się w cenie po 140 złotych za tonę. Jeśli natomiast tona węgla ma kosztować 100 złotych, to trzeba go produkować 140 mln ton. Dlatego, jeśli ktoś dziś mówi, że nie ma chętnych na 9,2 mln ton węgla po cenie 400 " 600 złotych, to trzeba postawić pytanie, czy tych chętnych nie będzie również wtedy, kiedy ten sam węgiel kosztował będzie 200 " 300 złotych. I odwrotnie. Ilu będzie chętnych na węgiel po 800 " 900 złotych za tonę. Tyle lub więcej, kosztować będzie tona węgla, jeśli rządowy plan ograniczenia wydobycia się powiedzie. Od dawna znana w biznesie prawda, że jednostkowy koszt obniża się poprzez zwiększenie produkcji, w górnictwie ma wymiar szczególny. Koszty stałe są bowiem w górnictwie ogromne i mają wpływ decydujący. Dla górnictwa węgla kamiennego szacuje się, że relacja koszty stałe do kosztów zmiennych to 70% do 30%. Specjaliści potrafią wyliczyć próg rentowności dla górnictwa węgla kamiennego. W cenach roku 2000 jest to wydobycie między 130 a 140 mln. ton rocznie.
Dlatego jedynym sposobem na uzdrowienie sytuacji w branży jest stałe zwiększanie produkcji i sprzedaży. Osiągnąć to można poprzez drapieżny marketing, a nie poprzez opowiadanie o schyłkowości węgla i branży skazanej na upadek.
Zagazowywanie
węgla
Nie bez znaczenia jest również polityka, jaką państwo prowadzi od szeregu lat w stosunku do rodzimego węgla. Ludziom wmówiono, że gaz jest tańszym nośnikiem energii. Wobec tych, którzy nie podlegają zwykłej propagandzie lobby gazowego, zastosowano metodę zachęt. W Polsce wspierane jest każde alternatywne rozwiązanie produkcji energii, zarówno elektrycznej jak i cieplnej. Zadłużone szpitale i szkoły z pieniędzy samorządów, nierzadko pochodzących z kredytów, przestawiają własne kotłownie z węglowych na gazowe. Media pieją z zachwytu nad tymi ekonomicznymi analfabetami, którzy montują na dachach szkół kolektory słoneczne, zachwycając się tym jakie przyniesie to oszczędności.
Zwykle, żadnych oszczędności to nie przynosi. Jednak zastępowanie kotłowni węglowych tego typu rozwiązaniami, pozwala sięgać po różnego rodzaju środki pomocowe i wsparcie z pieniędzy budżetowych lub unijnych. W Polsce, tylko w dwóch województwach można uzyskać dofinansowanie z środków Funduszu Ochrony Środowiska, dla wykorzystania nowoczesnych instalacji węglowych, pozwalających na uzyskiwanie energii z węgla. Tylko w dwóch województwach, można dostać wsparcie na unowocześnienie wytwarzania energii z pieców węglowych. W pozostałych województwach nie ma takich szans. Korzystając z gazu, czy nawet energii słonecznej, można otrzymać dofinansowanie z FOŚ, z węgla nie. Zachłyśnięci standardami innych krajów, wspieramy wytwarzanie energii ze źródeł alternatywnych. Posługując się modnym hasłem dywersyfikacji wspieramy budowę elektrowni wodnych, wiatrowych, gazowych, a nawet słonecznych zapominając nie tylko o realiach społecznych, ekonomicznych ale nawet geograficznych i pogodowych. Likwidujemy miejsca pracy w górnictwie, dopłacając do nierzadko idiotycznych pomysłów, przestawiania własnej energetyki na inne niż węgiel kamienny nośniki. Zapominamy przy tym, że posiadamy własne złoża węgla kamiennego wystarczające w 100 procentach na zaspakajanie krajowych potrzeb. Nie mamy za to, wystarczających zasobów gazu, ropy, a nawet słońca przez 12 miesięcy w roku.
Koszt energii
Pomijany jest, tak nieistotny dla wszystkich kolejnych decydentów fakt, jak porównanie ile kosztuje, wytworzenie porównywalnej wartości energii, z różnych nośników energii. Otóż wytworzenie energii z węgla kamiennego jest kilkakrotnie tańsze, niż wytworzenie tej samej ilości energii, z innych źródeł, takich jak ropa czy gaz. Taniej można produkować energię tylko z węgla brunatnego. Według wyliczeń z grudnia ubiegłego roku, przeprowadzonych przez ekspertów Polskiego Lobby Przemysłowego, koszt wytworzenia 1 GJ energii w gospodarstwach domowych z poszczególnych nośników przedstawiał się następująco:
Gaz ziemny " 43,19 zł
Lekki olej opałowy " 43,74 zł
Węgiel kamienny " 16,89 zł
Przy produkcji energii używanej w przemyśle, te same wskaźniki przedstawiają się jeszcze korzystniej i wyglądają następująco:
Gaz ziemny 23,00 zł
Lekki olej opałowy " 33, 08 zł
Węgiel kamienny 6,91 zł
Wynika z powyższego, że produkcja tej samej ilości energii dla potrzeb przemysłowych z rodzimego węgla, jest ponad trzykrotnie tańsza niż z gazu. Dlaczego więc przestawiamy krajową elektroenergetykę z tańszego i ogólnie dostępnego paliwa jakim jest węgiel kamienny na droższy i importowany gaz? Uzyskanie odpowiedzi na to pytanie nie było możliwe przez kolejne lata. Bez względu na to, jaka opcja polityczna była przy władzy, wolała wspierać produkcję energii z importowanego gazu, niż z rodzimego węgla.
Wirtualne wiatry
Stale maleje udział węgla w bilansie wytwarzania energii. Z 73,3% w roku 1980 do 49,3% w roku 2001. W tym samym czasie udział ropy naftowej w strukturze zużycia nośników wzrósł z 13,1% do 19,6%. Energia uzyskiwana z gazu ziemnego zwiększyła się z 7% do 12%. Jednak najbardziej dynamicznie rozwija się produkcja energii ze źródeł odnawialnych. Według informacji Ministerstwa Gospodarki ponad pięciokrotnie wzrosło w Polsce wytwarzanie energii ze źródeł odnawialnych. W ciągu 21 lat udział ten zwiększył się z 1,2% do poziomu 6,1%. Powyższe dane, służą pewnie wyłącznie samozadowoleniu eurobiurokratów. Mają oni lekkie skrzywienie na punkcie wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych. W związku z tym, bardzo łatwo jest uzyskać dofinansowanie lub kredyt dla realizacji takich inwestycji. Kilka tygodni temu prasa ujawniła, że jeden ze znanych aferzystów, podejrzewany o wyłudzenie ogromnych kwot z tytułu zwrotu podatku VAT, chciał postawić w północnej Polsce ogromną ilość wiatraków. Nie chciał on jednak produkować energii elektrycznej. Chodziło mu wyłącznie o to, aby wyłudzić ogromne kredyty i dotacje na ten cel.
Trudno mówić o rzeczywistych inwestycjach w wytwarzanie energii ze źródeł odnawialnych. W informacjach Ministerstwa Gospodarki można wyczytać, że w 2001 roku mieliśmy zaledwie 17 elektrowni wiatrowych. Jakie znaczenie dla energetyki kraju, mają tego typu elektrownie widać po tym, że wszystkie razem wzięte elektrownie wiatrowe, wytwarzały w tym czasie 9740 kW energii. Pozwalało to na równoczesne zagotowanie wody w 4870 czajnikach bezprzewodowych. O innych źródłach energii odnawialnej - poza wiatrakami - które składają się na 6,1% udział w strukturze wytwarzania energii, trudno powiedzieć cokolwiek. Prawdopodobnie jest to zwykła fikcja, tworzona prawie wyłącznie dla potrzeb uzyskiwania środków pomocowych z UE. Paradoks polega również na tym, że podejmując tego typu inwestycje, w ogóle nie trzeba się martwić o stronę ekonomiczną przedsięwzięcia.
Unijna norma
Dyrektywa Unii Europejskiej numer 2001/77/EC zobowiązuje bowiem kraje UE, do produkcji określonej ilości energii ze źródeł odnawialnych. Dla Polski wskaźnik ten ustalono na poziomie 7,5% w roku 2010. Tyle energii elektrycznej zużywanej w naszym kraju musi pochodzić ze źródeł energii odnawialnej. Rachunek ekonomiczny nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia. Energia odnawialna jest o wiele droższa od konwencjonalnej. Cena optymalna, jaką chcieliby uzyskiwać wiatrakarze to 260 " 300 złotych za 1 MWh. Zakłady energetyczne płacą od 160 do 220 zł. Średnia cena energii w kraju to około 130 zł za 1 MWh. Największym problemem jest jednak nie cena, lecz ogromne koszty, jakie zakłady energetyczne muszą ponosić po to, aby w ogóle energię tą odbierać od ich wytwórców. Tych kosztów nie policzył nikt, ale płacimy je wszyscy. Na szczęście, z tych właśnie powodów, zwykle zakłady energetyczne za wytwarzaną w ten sposób energię płacą, nie tworząc kosztownej infrastruktury do jej odbioru.
Jeden z producentów urządzeń służących do wytwarzania energii z wiatru, zamiast sloganów reklamowych, na całej stronie wymienia instytucje "dotujące i kredytujące" tego typu inwestycje. Na liście tej są wyłącznie instytucje państwowe, wykorzystujące wyłącznie środki budżetowe. Jakby tego było mało, jednymi z najgorętszych przeciwników elektrowni wiatrowych, są " ekolodzy. Ich zdaniem powodują one ogromne spustoszenie w trakcie wędrówek ptaków. Są również tacy, którzy twierdzą, że wytworzenie elementów koniecznych do produkcji elektrowni wiatrowych, powoduje więcej zanieczyszczeń, niż produkcja tej samej energii, metodą konwencjonalną. Trudno uwierzyć, ale aby realizować tego typu chore projekty, zmniejsza się udział węgla w produkcji energii.
Węgiel wożony
Kolejny, wielki do dziś nierozwiązany problem węgla, o którym od szeregu lat nikt nie chce rozmawiać, to koszty transportu. Transport jednej tony węgla najtańszym obecnie możliwym środkiem transportu, czyli koleją, jest bardzo wysoki. Transport tony węgla ze Śląska do północnej Polski kosztuje od 14 do 16 euro. Ta sama tona węgla przewożona z krajów Ameryki Łacińskiej lub RPA do porów bałtyckich transportowana jest za 4 do 5 euro. W ostatnim czasie koszty te są jeszcze obniżane. Ktoś, kto potrafi wyjaśnić, dlaczego przewiezienie tony węgla przez morza i oceany, jest wielokrotnie tańsze niż dostarczenie tej samej tony, wagonami Polskich Kolei Państwowych z Gliwic do Szczecina, powinien dostać specjalną nagrodę za wyjaśnienie tego paradoksu. Dodatkowo pomoże w ten sposób nie tylko górnictwu. Dla przykładu koszt transportu jednej tony węgla z Rybnika do Szczecina, czyli na odległość 600 km wynosi obecnie 73,36 zł. Tak horrendalne koszty transportu narzucane są górnictwu od szeregu lat. Nikt nie potrafił rozwiązać tego problemu. Nikt nie chce tego również obecnie. Koleje państwowe żyją z przewozu towarów. Wśród nich węgiel kamienny ma dominującą pozycję. Przewozy towarowe są dochodowe, pasażerskie nie. Kolejnym rządom łatwo było się godzić, na narzucanie przez PKP wysokich cen górnictwu. Dzięki zarabianiu na przewozie węgla, państwowa kolej ratowała swój budżet. Pozwalało to, mniej dopłacać z budżetu do transportu pasażerskiego. Ta sytuacja obecnie uderzy jednak, również w kolej. Likwidacja kolejnych kopalń, ograniczenie mocy wydobywczych i spadek eksportu, wszystko to oznacza, że kolej przewozić będzie coraz mniej węgla, a więc i zarabiać coraz mniej.
Przypomnijmy: transport koleją tony węgla ze Śląska do Szczecina to obecnie 16 euro. Transport tej samej tony z Kolumbii, RPA do portów w Hamburga, Rotterdamu i Amsterdamu kosztuje 4 do 5 euro. Konia z rzędem temu, kto zrozumie tą logikę. Jedyny rozsądny projekt, który rozwiązywał problem transportu węgla, to program Odra, autorstwa Jerzego Markowskiego, kiedyś wiceministra, dziś senatora SLD. Miał on pozwolić na transport węgla drogą wodną, obniżając znacząco te koszty. Został jednak zarzucony bez jakiegokolwiek uzasadnienia. Kolejne rządy, w sprawie obniżenia kosztów transportu węgla, nie zrobiły absolutnie nic.
21 podatków i opłat
Jak widać z powyższego węgiel, może być źródłem naszego narodowego bogactwa. Prezentowany jest natomiast przez szereg kolejnych lat, jako nasze przekleństwo. Kolejne rządy wmawiają naszym rodakom, że wszyscy: emeryci, renciści, pielęgniarki i nauczyciele, dopłacają do górnictwa, więc czego ci górnicy jeszcze chcą. Skoro to co ich spotyka, jest należytą karą za to, że w czasach PRL mieli książeczki G. Granie na takich płytkich animozjach i podsycanie tego typu konfliktów, ma być sposobem na odizolowanie tych, którzy sprzeciwiają się głoszeniu wobec górnictwa, ,,prawd objawionych". Według tych ,,prawd objawionych", węgiel to przeżytek, a kopalnie należy jak najszybciej zamknąć. Wtedy wszyscy będziemy żyli dostatniej. W tym szale dokopywania górnictwu posunięto się tak daleko, że zapomniano o tym, iż górnictwo obłożone jest aż 21 rodzajami podatków i różnego typu opłat, na rzecz budżetu państwa i budżetów samorządowych. Wśród tych podatków górnictwo płaci najwyższy w świecie 22 procentowy VAT. Nie bierze się pod uwagę, tak oczywistej rzeczy jak to, że obłożenie tak wysokim podatkiem VAT węgla, nie tylko dobija górnictwo ale przede wszystkim, wpływa na wzrost kosztów wytwarzania wszystkich produktów i usług. Obciążenie tak wysokim podatkiem VAT węgla, który jest na samym dole drabinki produkcyjnej, zwiększa koszty wytwarzania energii, a wraz z nią, wszystkiego do produkcji czego, energia ta jest wykorzystywana. Górnictwo przedstawiane jest jako czarna dziura, do której wszyscy przez lata tylko dopłacają. Warto jednak wiedzieć, że tylko przez siedem miesięcy tego roku, górnictwo odprowadziło do budżetu państwa i budżetów samorządowych, w różnej formie ponad 2,75 mld złotych, w ramach wszelkiego rodzaju podatków i opłat. Jak na borykający się z ogromnym deficytem budżet, to kwota niemała. Wszelkie środki jakie z kolei płyną z budżetu do górnictwa, nie służą dotowaniu produkcji węgla, ani też finansowaniu górniczych wypłat. Środki te przeznaczane są wyłącznie na zamykanie kopalń i likwidowanie miejsc pracy.
Odmrozimy
sobie uszy
Nie mamy szybów naftowych ani pól gazowych, więc na złość sobie, chcemy się pozbawić jedynego źródła bogactwa, jakie posiadamy - węgla. Jak istotne jest to bogactwo najlepiej świadczy fakt, iż dzięki zasobom węgla kamiennego i brunatnego jesteśmy jednym z nielicznych, bo 18 państw w świecie, które szczycą się samowystarczalnością energetyczną. Produkcja węgla kamiennego w Polsce jest najtańsza w całej Europie. Wydobywamy węgiel po 30 euro. Sąsiednie górnictwo niemieckie, wydobywa go już po 140 euro za tonę. Mimo to, kolejne rządy bardziej lub mniej skutecznie wmawiają społeczeństwu, że wydobywanie węgla jest nieopłacalne. Likwidując własne kopalnie i zdolności produkcyjne polskiego węgla zachowujemy się tak, jakby kuwejtczycy nagle zaczęli wysadzać i podpalać własne szyby naftowe, ogłaszając światu, że przestają korzystać z tego bogactwa, uznając eksploatację ropy za nieopłacalną i zapragnęli pozyskiwać energię z topniejących lodowców. Teoretycznie jest to oczywiście możliwe, tylko najpierw musieliby importować do siebie kilka lodowców. Musieli by również odpowiedzieć sobie na pytanie - po co. Likwidując kolejne kopalnie rząd prowadzi na Śląsku do katastrofy społecznej. Wkrótce okaże się również, że oznacza to dla Polski katastrofę energetyczną. Za kilka lat skazani na import energii lub surowców energetycznych będziemy biedniejsi niż dziś. Nie będziemy też mieli, już żadnej alternatywy.