Nie ma nierentownych kopalń. Są tylko nieuczciwi politycy i niedouczeni dziennikarze
Przedruk za ,,Nie" nr 38 z 18 września 2003 r.
Teza nr 1: To bujda, że my, podatnicy, dopłacamy do górnictwa. To górnictwo ciągle finansuje ogromną część wydatków państwa.
Teza nr 2: Rząd Leszka Millera gloryfikuje i kontynuuje dzieło rządu Jerzego Buźka.
Teza nr 3; Górników zachęca się do powiększania strat.
Tezy te oparte są na twierdzeniach profesorów, prezesów szacownych instytucji i polityków, którzy służyli mi swą wiedzą przy pisaniu artykułu.
Oto niepełna lista tych, którzy protestują przeciwko rządowym programom reformowania górnictwa: Antoni Tajduś, Józef Dubiński, Wacław Truwin, Roman Ney, Jakub Siemek, Jerzy Klich, Janusz Roszkowski, Paweł Krzystolik, Adam Lipowczan, Tadeusz Słomka, Maciej Mazurkiewicz, Zbigniew Fajkiewicz, Marek Lemberger, Stanisław Piechota. Wszyscy mają tytuły profesorskie. Pierwszy to prorektor Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Trzej są członkami Polskiej Akademii Nauk i jeden członkiem Komitetu Badań Naukowych.
Tych 14 profesorów zwróciło się do premiera Leszka Millera z dramatycznym apelem o ratunek dla polskiego górnictwa. Profesorowie uznali, że nie wypada im wykładać kawy na ławę i pismo do premiera sformułowali tak, jak gdyby był on dziewicą, którą każde bardziej dosadne słowo może zabić. Ale i tak wiadomo, o co im chodzi:
Powyższe zjawiska rodzą jednak szereg zasadniczych pytań dla ludzi patrzących z troską na dalsze plany reformowania tej branży, a mianowicie: czy może założenia reformy górnictwa są niewłaściwe (...) czy rzeczywiście możliwe jest uzyskanie trwałej rentowności polskiego górnictwa(...)? Z przykrością stwierdzamy fakt, że górnicze środowisko naukowe nie jest w stopniu dostatecznym wykorzystywane w tych pracach, jak również nie otrzymało konkretnych propozycji ich konsultowania czy też ich opiniowania (...). Wspomniane przykłady "szybkiej" likwidacji kopalń węgla kamiennego, przyjmowanej dotychczas jako podstawowa metoda obniżania poziomu produkcji węgla, już dzisiaj pokazują nietrafność przynajmniej części tych decyzji.
Najlepszy sposób na takich wariatów to milczenie. Dlatego, choć profesorowie wysłali list do premiera 15 listopada 2002 r., do dziś na ten temat cicho.
Bezprawie
Tam, gdzie kopie się węgiel, prawo idzie w las. Kolejne programy "reformy" górnictwa ustalały ceny węgla poniżej jego kosztów wydobycia. Nie przytaczając nudnych liczb powołam się na opinię prof. Wiesława Blaschkego, kierownika Zakładu Ekonomiki i Badań Rynku Paliwowo-Energetycznego PAN. Profesor jest współautorem gospodarczego programu wyborczego koalicji SLD i UP.
Podczas obrad Śląskiego Forum Gospodarczego SLD w czerwcu 2001 r. prof. Blaschke długo mówił na temat poprzednich "reform" i tej najnowszej: Obecną politykę cenową górnictwa uważam za błędną i patologiczną. Ceny węgla muszą pokrywać koszty. Rok później, podczas konferencji naukowej w Katowicach: Ceny ustalane poniżej tych wartości to świadome generowanie strat, to polityka przesądzająca bankructwo spółek węglowych. Głos wołającego na puszczy.
W opinii przygotowanej na prośbę Śląskiej Rady Unii Pracy Blaschke ostrzega, że rządowa reforma górnictwa - tak samo jak poprzednie - prowadzi do przestępstwa: W projekcie programu Reformy prognozuje się także spodziewane ceny zbytu węgla (...). Zgadzając się na niższe, niż koszty, ceny węgla w sposób świadomy generuje się straty własnej spółki. Kodeks Spółek Handlowych reguluje odpowiedzialność za powodowanie strat, ale w górnictwie panuje przekonanie, że regulacje te ich nie dotyczą.
Artykuł 585 ksh: par. 1. Kto, biorąc udział w tworzeniu spółki handlowej, lub będąc członkiem jej zarządu, rady nadzorczej lub komisji rewizyjnej albo likwidatorem, działa na jej szkodę " podlega karze pozbawienia wolności do lat 5 i grzywnie. Par 2. Tej samej karze podlega, kto osobę wymienioną w par. 1, nakłania do działania na szkodę spółki albo udziela jej pomocy do popełnienia tego przestępstwa.
Gdyby władza była równa obywatelom, 5 lat pudła powinno grozić obecnym, a także byłym ministrom i wiceministrom odpowiedzialnym za górnictwo oraz szefom spółek węglowych, którzy wprowadzali kolejne "reformy". Tymczasem przez myśl nikomu nie przejdzie nawet odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu. To za sprawą właściciela kopalń (czyli państwa), który zachęca do potęgowania strat. Kolejne ustawy, na podstawie których reformowano górnictwo, zawierają zapis o wyłączeniu spółek górniczych spod prawa upadłościowego. Ten zapis wprowadzono właśnie po to, by górnictwo można było zadłużać, zadłużać i zadłużać. Dlaczego - o tym za chwilę.
Manipulacja
Wszystko wskazuje na to, że nikt nie odpowie za ruinę górnictwa. Słyszałem natomiast żartobliwą propozycję, by wystawić kandydatury obecnego wiceministra Jacka Piechoty i byłego wiceministra Marka Kossowskiego do Nobla z ekonomii. "Reforma" ich autorstwa ma bowiem doprowadzić do rentowności polskiego górnictwa, co nie udało się największym specom niemieckim, francuskim i angielskim. Ten cel od wielu dziesiątków lat stawiała sobie Unia Europejska, aż wreszcie ostatnio odpuściła.
W artykule "Co ukrył rząd" powoływałem się na studium przygotowane przez Urząd Komitetu Integracji Europejskiej dla Wyższego Urzędu Górniczego. Jest tam jedno zdanie, którego wymowa powinna zszokować wszystkich polskich reformatorów. Podczas gdy pomoc publiczna zmniejszyła się nieznacznie, w tym samym okresie ograniczenie mocy produkcyjnych było radykalne i wyniosło około 40 proc.
Najprostszy wniosek - polikwidowano kopalnie, by do nich nie dopłacali podatnicy, a podatnicy dalej dopłacają. Tylko już nie do kopalń, lecz do pamięci o nich. l to prawie tyle samo. Różnica polega na tym, że już nie wydobywa się węgla, który można by było sprzedać.
Swój artykuł o górnictwie początkowo chciałem zacząć od tego szokującego faktu przytoczonego przez UKIE. Zamierzałem się przyjrzeć pomocy publicznej ładowanej w nasze kopalnie. Chciałem obliczyć, co się bardziej opłaca polskim podatnikom: dopłacać do istniejących kopalń czy do wspomnienia po tych kopalniach. Kiedy już rozgrzebałem temat, z przerażeniem odkryłem, że padłem ofiarą obrzydliwej manipulacji. Mnie - jak większości społeczeństwa - wmówiono, że jako podatnicy dopłacamy do górnictwa. A to kłamstwo!
Kłamstwo
Weźmy pod uwagę na przykład ostatnie trzy lata. W latach 2000-2002 górnictwo otrzymało z budżetu państwa dotacje w wysokości 3,8 mld zł. A zapłaciło (pomijamy to, co jeszcze pozostało do zapłaty) 13,5 mld. Po kolei: ZUS - 5,9 mld, podatek dochodowy górników - 2,2 mld, składki na PFRON -42,1 mln, podatek od nieruchomości - 669,5 mln, opłata eksploatacyjna - 289 mln, opłaty i kary ekologiczne -17,6 mln, VAT - 4,4 mld. 13,5 minus 3,8 daje 9,7 mld zł. Tyle państwo skasowało na czysto dzięki temu, że górnicy fedrują węgiel. Sam ZUS zarobił dużo więcej, niż wyniosły państwowe dotacje. Od państwowych dotacji dużo wyższe były wpływy z tytułu płaconego przez górnictwo VAT (czyli podatku od towarów, które kupiły kopalnie, lub usług, które zamówiły).
Przytoczone przeze mnie dane zostały zebrane przez Górniczą Izbę Przemysłowo-Handlową. GIPH podaje też przykład roku 2001. Z jej wyliczeń wynika, że wpłaty górnictwa stanowiły 4,6 proc. wszystkich ówczesnych wpływów do budżetu centralnego. W sumie, razem z opłatami na rzecz samorządów lokalnych i różnych funduszy publicznych, górnictwo wpłaciło w tym roku 6,3 mld zł. Jednocześnie otrzymało od państwa prezent o wartości ok. 3,3 mld. Na ten prezent składały się pieniądze (dotacja w wysokości ok. 1,4 mld) oraz umorzone zobowiązania górnictwa (ok. 1,9 mld).
Może GIPH manipuluje liczbami?
- Z raportu NIK oraz sprawozdań rządowych wynika, że w ostatnich 12 latach górnictwu przekazano ze środków publicznych kwotę 12,836 mld zł, to jest mniej niż przychody, które państwo uzyskało od tej branży w ciągu dwóch lat " mówi Janusz Olszowski, prezes GIPH. - Jest to również kwota o wiele niższa od rocznej pomocy udzielonej prawie czterokrotnie mniejszemu górnictwu niemieckiemu.
Jakby nie dość jednego kłamstwa, wciska nam się kit, że "reforma" przygotowana i rozpoczęta przez rząd Jerzego Buzka dała efekt. Żeby było weselej, czynił to również i ten, który teraz dowodzi, że trzeba zamykać kopalnie:
Jacek Piechota, jeszcze jako minister gospodarki (wywiad dla "Trybuny Górniczej" z 13 grudnia 2001): W trudnym procesie restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego mojemu poprzednikowi udało się uzyskać bardzo wymierne wyniki. Zlikwidowano lub ograniczono wydobycie w nierentownych kopalniach, zracjonalizowano zatrudnienie, zwiększeniu uległa rentowność czynnych kopalń. I tak dalej - bez jednego słowa krytyki. Aż do stwierdzeń przeciwnych temu, co Piechota mówi teraz, jako wiceminister. Bo wówczas mówił: Dla górnictwa nadchodzi dobry czas. Światowa gospodarka nie odwraca się od węgla kamiennego. Po wejściu naszego kraju do Unii Europejskiej otworzą się nowe perspektywy.
Szantaż
Przed "reformą" zrobioną przez rząd Jerzego Buzka straty górnictwa wynosiły 12,6 mld zł. Po tej "reformie" zobowiązania całej branży sięgają kwoty co najmniej 23 mld zł.
Przyczyny są różne. Pod koniec 2002 r. opłaty i kary ekologiczne stanowiły 30 proc. Wszystkich zobowiązań górnictwa (mimo że ich nie płacono, to rosły; i to nawet o 15 tys. proc.). Mój informator opowiada jak jego niemieckim rozmówcom opadły szczęki, gdy usłyszeli, że polskie kopalnie płacą kary ekologiczne, a jednocześnie państwo daje im dotacje. - Gdzie tu logika? - pytali.
- Przecież te dotacje wrócą do rządowej kasy. Niemieckie kopalnie mają płacić podatek dochodowy budżetowi centralnemu i podatek dochodowy dla landu. Obydwa są liczone od zysku. Zysku nie ma, więc podatków się nie płaci. A u nas: podatki i opłaty lokalne, opłata eksploatacyjna, kilkanaście różnych podatków, opłat i kar ekologicznych.
Jednak główną przyczyną strat ponoszonych przez górnictwo było zamrażanie cen węgla. Od 1989 r. kopalnie musiały uzgadniać podwyżki z urzędami skarbowymi. Ceny węgla rosły więc wolniej niż inflacja. Potem wzrost cen blokowano w nieformalny sposób. Na przykład tak, jak zrobił to Klemens Ścierski, Minister Przemysłu w rządzie Waldemara Pawlaka. Zapowiedział dyrektorom kopalń, że wywali tych, którzy podniosą ceny węgla dla elektrowni, i ceny były bardzo niskie.
Do czasów Leszka Balcerowicza górnicy zbytnio nie narzekali, bo straty rekompensowano im specjalną dotacją. Ale Balcerowicz pokazał wała i zaczęli dołować.
Logicznie myśląc właściciel powinien pomagać swoim firmom. Nie w tym przypadku. Górnictwo przynosi straty, rząd ogłasza kolejne reformy, a jednocześnie zniechęca do kupowania węgla. Od 1995 do 1998 roku VAT na węgiel rośnie z 7 do 22 procent. Wzrost VAT o te 15 procent w ciągu 1,5 roku powoduje zmniejszenie popytu na węgiel aż o jedną piątą. Rząd Buzka zauważa nadmiar węgla na rynku i zaczyna przeciwdziałać. Czyli zamykać kopalnie. Zamknięto m.in. kopalnię Morcinek. Chcieli ją kupić Czesi - nie dano. Zamknięto Jadwigę. Kupiła ją prywatna firma i wydobywa węgiel.
Głupota
Obecny rząd również zamierza zamykać kopalnie. Na początek cztery. I tak już wkrótce niektóre miały zakończyć wydobycie. Przez kilka, kilkanaście lat ludzie mieliby jeszcze pieniądze na żarcie, czas na dotrwanie do emerytury czy na szukanie innej pracy.
Przed zamknięciem kopalni wypadałoby policzyć, ile kosztuje nas "reforma" polegająca na zamknięciu zakładu i wysłaniu ludzi na zieloną trawkę, i policzyć również, ile trzeba wyłożyć, by to, co zamierzamy zamknąć, dalej działało. Po zestawieniu obu wyników wiedzielibyśmy, co się bardziej opłaca. Rząd tego nie zrobił. Tak twierdzą wszyscy moi rozmówcy.
Nie wzięto pod uwagę, o ile zmniejszą się dochody publiczne przez to, że mniej pieniędzy wpłynie do ZUS, na konta urzędów skarbowych, samorządów, funduszy ochrony środowiska. Nie wzięto pod uwagę strat, jakie poniosą firmy wykonujące usługi na rzecz kopalń, dostawcy towarów, sklepikarze.
Do 2015 r. w pięciu kopalniach wyczerpią się pokłady węgla. Do 2020 r. to samo czeka kolejne 7 kopalń. Można więc ograniczać wydobycie bez podejmowania gwałtownych działań. Rząd jednak nie przewiduje tego w swoim programie. A to, co przewiduje, można między bajki włożyć, gdyż proponowane rozwiązania są sprzeczne z przepisami Unii Europejskiej. To opinia prof. Blaschkego wyrażona w dokumencie opracowanym dla Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Sprzeczności jest tak wiele, że profesor postuluje, by program reformowania górnictwa napisać całkiem od nowa. Obecny Program uniemożliwi działalność przeważającej ilości kopalń po 1 maja 2004 - twierdzi prof. Blaschke.
W górnictwie jak w wojsku. Jeśli nie ma rozkazu z góry, to się palcem nie kiwnie. Dlatego nie ma co liczyć na to, że dyrektorzy kopalń na własną rękę - wbrew odgórnym ustaleniom - zadbają o los swoich zakładów. To premier i ministrowie są odpowiedzialni za przyszłość polskiego górnictwa. Powinni olać mity i jak najprędzej zapędzić do roboty sztab fachowców, którzy zadbają o przyszłość naszych kopalń. Inaczej za rok możemy być świadkami dantejskich scen na Śląsku.