3 lipca to co prawda nie jest 4 lipca (zgodnie z amerykańskim hitem filmowym) ale też kaleka, z tym, że związkowa.
Wacław Taczkowożony Marszewski, Przewodniczący rozpadającego się Regionu Śląsko-Dąbrowskiej Solidarności, targany aferami finansowymi, których sam był ,,bohaterem". Zanim został przewodniczącym ZR był członkiem Regionalnej Komisji Rewizyjnej, czyli ciała, które zgodnie ze statutem powinno jako pierwsze wykryć, że wysocy funkcjonarisze kradną. Kradliby może oni nadal, gdyby nie to, że zbliżały się wybory parlamentarne, a później związkowe. W szeregach Solidarności nastąpiło prawdziwe, szczere ożywienie i nagle Komisja Rewizyjna wykryła, że wieloletni skarbnik Ebarchard Pampuch po kilku latach uczciwego skarbnikowania z dnia na dzień w 1996 roku przekształcił się w złodzieja.
Tak przynajmniej usiłują wmówić opinii publicznej spece od propagandy w Zarządzie Regionu Solidarności. W latach 1991-1995 złodziejstw nie było, a Pampuch był wzorem uczciwości. Wzorem uczciwości byli również wysocy urzędnicy Zarządu Regionu (jak chociażby nawet wice Przewodniczący ZR) i nagle ,,bum". Po latach wstrzemięźliwości i nie brania wyciągnęli w 1996 roku łapę po związkowy szmal i to w taki sposób, że biegły rewident księgowy nazwał to prymitywną kradzieżą.
Uczciwi
Komisja Rewizyjna, w skład której wchodził Marszewski, jak należy przypuszczać przez cały rok pracowała niezmiernie często. Była to widocznie bardzo ciężka praca, oczy mieli przesłonięte mgłą i nie spostrzegli, że w wielu raportach kasowych, rachunkach, fakturach vat, rozliczeniach delegacji kwoty do wypłacenia wydrapywano żyletką, zamazywano koreksem lub nawet w niektórych przypadkach prymitywnie przerabiano. Tylko naiwny kretyn może przypuszczać, że jest możliwym, by przez cały rok 1996 dało się fabrykować niespostrzeżenie ,,dla wprawnego oka rewizyjnej" z Marszewskim w roli głównej rachunki i inne dokumenty księgowe w taki sposób, by miesięczna kontrola nie wykryła, a roczna nakryła! Rewizyjna w tym Zarządzie Regionu rzeczywiście stanowi bardzo dziwne gremium. Otóż jej ,,systematyczna praca" nie była dość wnikliwa przez cały rok, a stała się odkrywcza dopiero przy sporządzaniu sprawozdania rocznego. Uczciwość rewizyjnej stoi oczywiście poza wszelkimi zarzutami, głównie Prokuratury Rejonowej, która bada tę sprawę na wniosek ówczesnego przewodniczącego, a obecnie Wojewody niestety Katowickiego.
Teoria względności w prawie
Polskie prawo stanowi, że świadek przestępstwa, lub osoba, która na jego temat posiądzie wiedzę ma obowiązek niezwłocznie powiadomić organa ścigania. W życiu codziennym wygląda to tak, że jeżeli sąsiad zobaczy, że na przydomowym parkingu kradną samochód winien niezwłocznie zawiadomić policję, a prokuratorowi zeznać jak wyglądał przestępca. Jeżeli tego nie zrobi ryzykuje oskarżenie o współudział w przestępstwie i utrudnianie pracy wymiaru sprawiedliwości przez zatajanie informacji o fakcie przestępstwa i jego sprawcach. Każdy mógłby pójść siedzieć, ale nie wygwizdany Kempski, który nim został wojewodą publicznie oświadczył na łamach Trybuny Śląskiej: Nie poinformowaliśmy Prokuratury zaraz, ponieważ mogło by to zaszkodzić AWS w wyborach do Parlamentu.
WZZ ,,Sierpień 80" wniósł do Prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, polegającego na tym, że Kempski utrudniał ściganie wymiarowi sprawiedliwości przez kilka miesięcy w ten sposób, iż nie zawiadomił o fakcie jego zaistnienia. Każdego innego szarego śmiertelnika powieszono by za ... uszy, za takie ostentacyjne olewanie prawa. Tymczasem Prokuratura odpowiedziała, że nasz wniosek zostanie włączony do postępowania o kradzież miliardów z kasy związkowej. Upłynęło kilka miesięcy i nagle się okazało, że nie postawiono Kempskiemu zarzutu o tuszowanie przez kilka miesięcy złodziejstwa, a nawet nie ośmielono się majestatu wojewody ,,drażnić" przesłuchamiami na okoliczność, jak to możliwe, aby przewodniczący Regionu nie wiedział, że jego skarbnik ,,leci na ssaniu", zarzuciwszy trąbę do związkowej kasy.
Skarbnik Pampuch po kilku tygodniach pobytu w szpitalu z powodu rozstroju pracy serca wyszedł na powietrze zaledwie na chwilę, bo znów go schowano, tym razem do zakratowanej puszki. To, że przez szereg miesięcy hasał sobie na wolności, zresztą dzięki temu, że Kempski w porę nie powiadomił Prokuratury stanowi kolejny ciekawy element w całej sprawie. Fakt aresztowania przez Prokuraturę dwóch głównych sprawców złodziejstwa w obawie o możliwość zaistnienia matactwa (czyli wpływania na przebieg dowodów i zeznań w sprawie) potwierdza tezę stawianą przez ,,Sierpień 80", że fakt opóźnienia zawiadomienia Prokuratury może mieć decydujące znaczenie dla wykrycia wszystkich złodziei zamieszanych w grabież. Snem spokojnym jednak nie śpią nie tylko już przyłapani, ale także Ci, którzy swoją postawą nielicho przyczynili się do zaistnienia afery i ślamazarnego jej ścigania. W pierwszym etapie, gdy wybuchła Krzaklewski, chyba przekonany, że uda się ją zatuszować, z maniakalnym uporem opowiadał przedstawicielom środków masowego przekazu, że to żadne złodziejstwo, lecz prowokacja służb specjalnych [czytaj komunistów]. Oczywiście wychylił się jak pijany zza płota. Zarzut postawiony przez Prokuraturę jednozancznie wskazuje, że to nie krasnludki kradły pieniądze, ale elity Solidarności, którym naiwnie powierzono pieniądze. W Solidarności z takim samym pietyzmem pilnuje się interesów pracowniczych jak szmalu. Sam Eberchard Pampuch oskarżony jest o przywłaszczenie 2.2 mld złotych
Tuszowanie
Nie tylko Krzaklewski i Kempski chcieli zatuszować aferę. Tuszowana jest ona w dalszym ciągu w ten sposób, że pomimo stwierdzenia przez biegłego sądowego nieprawidłowości w funkcjonowaniu funduszu PHARE na kwotę 140 tys zł. Prokuratury do tych rachunków nie dopuszczono. Nie wyjaśnia się również dlaczego tyle miesięcy było możliwe motanie wokół sprawy, zanim zdołano kogoś posadzić, by dalej nie mógł motać. Nie wiadomo dlaczego ,,niezawisła prokuratura" zawisła w bezczynności nie przesłuchując wojewody Kempskiego. Nie wyjaśniono dlaczego Marszewski z całą swoją Komisją Rewizyjną przez cztery lata złodziejstw nie wykrył, dopiero w 1996 roku robiąc roczne sprawozdanie ujawnił fakt malwersacji finansowych. Gdyby przyjąć, że cyfry podawane przez Zarząd Regionu dotyczące uzwiązkowienia są prawdziwe, to miesięczne przychody tylko ze składek członkowskich, bez uwzględnienia wpływów z działalności gospodarczej, bez ujawnienia kwot pochodzących ze sprzedaży np. Dziennika Zachodniego koncernowi Passuera (wcześniej, gdy likwidowano RSW ,,Prasa Książka Ruch" koncern Hersanta deklarował publicznie, że na na wykup akcji Solidarności da pieniądze - za darmo) powinny wynosić łącznie co najmniej 420 tysięcy złotych miesięcznie. Kwota ta jest wyższa, ale to już inna historia.
Jaka część z tych składek członkowskich została skradziona wyjaśnić by mogło rzetelne dochodzenie Prokuratury obejmujące nie tylko 1996 rok.
Geneza Afery
Marszewski w 1992 roku wywieziony na taczce przez górników okupujących Państwową Agencję Węgla Kamiennego, których przyszedł w lipcu straszyć i oskarżać o to, że protestują nielegalnie (skąd my to znamy) został usunięty z władz Solidarności za to, że w 1993 roku przeprowadzany strajk sprzedał późniejszym prezesom spółek węglowych. Marszewski jako szef solidarnościowego strajku, który rozpoczął się w grudniu 1992 w wywiadzie telewizyjnym, którego udzielił w lutym 1993 roku powiedział: ,,to był strajk o przyśpieszenie restrukturyzacji górnictwa. Jego celem nie były płace, ale stworzenie Spółek Węglowych". Wylany z Sekretariatu Górnictwa i Energetyki trafił do ,,przechowalni" w jednej ze spółek. Równocześnie w 1993 roku został wybrany do Komisji Rewizyjnej w Regionie. Tam czekał on chwili gdy będzie mógł znów zaatakować. Na moment politycznego ataku wybrał 1997 rok, słusznie -jak się okazało - uznając, że to dla niego szansa powrotu na polityczną scenę.
Afera z defraudacją w Zarządzie Regionu, która rzekomo miała mieć miejsce tylko w 1996 roku jest o tyle dziwna, że nie da się uwierzyć, iż eksplozja niefachowości i totalnego fałszowania dokumentów sprowadza się tylko do jednego roku, podczas gdy wcześniej te same osoby wszystko robiły ,,cacy". Marszewski jednak w udowadnianiu jak było naprawdę nie bardzo się wysila i o wszystkim gadać nie chce. A jest kilka kwestii, o których gadać powienien, jak na ponoć uczciwego solidarnościowca i prawicowca przystało.
Nie poinformował swoich kolegów z ROP-u i innych prawicowych środowisk, że w dniach od 1 IX 1980 do 30 IV 1984 roku był pracownikiem Huty 1 maja, która w owym czasie wykonywała podzespoły do wyrobów zbrojeniowych. Nie chwali się również, że w równie zbrojeniowej Hucie Łabędy rozpoczął pracę 3 maja 1984 i to w chwili, gdy wdrażano tam produkcję pancernego hitu Armii Czerwonej, przewidzianego dla bloku wschodniego, o nazwie T-72. Czołgi te były używane przez armię sowiecką i zaprzyjaźnione kraje ówczesnych demoludów do ,,wspierania" demokracji socjalistycznych w krajach bloku wschodniego oraz III Świata. To z nich ,,czerwonoarmieńce" nawracali Afganów na komunizm.
W Hucie Łabędy pracował do 30 IX 1984 roku i przeniósł się 3 X 1984 roku na kopalnię ,,Knurów". Do maja 1989 roku przebywał w dziale konstrukcji i inwestycji, a następnie na sześć miesięcy przeniósł się, tym razem już jako kierownik PSO - Kadrówka Kopalni Knurów. Od grudnia 1989 roku korzystał on również z oddelegowań związkowych. Numer jeden Śląskiej Solidarności utajnia fakt, że pracował w dwóch fabrykach zbrojeniowych (lub jak kto woli - produkujących na rzecz wojska) i to w okresie, gdy szalał stan wojenny, podczas którego znalezienie roboty w tego typu przedsiębiorstwie nie mogło się obyć bez akceptacji i zaufania lokalnego partyjnego dupka. Dla każdego jest również oczywistym, że wojskowa III wertowała dossier każdego klienta, a w szczególności tych, których przyjmowano do tego typu przedsiębiorstw. Ludzie, którzy brali udział na przykład w strajku z grudnia 1981 roku w HK w ilości co najmniej 1500 osób nie mogli znaleźć roboty przez szereg lat, a jeżeli ją znajdowali to nie była to praca związana w jakikolwiek sposób z branżą, którą ówczesny reżim traktował jako strategiczną. Hutnictwo, a w szczególności Huta 1 maja i Łabędy były wówczas oczkiem w głowie czerwonego. Oszałamiająca kariera zawodowa (do kadrowca włącznie) a później polityczna Marszewskiego to odrębna sprawa, której w pierwszym rzędzie powinni się przyjrzeć ludzie Solidarności, no i oczywiście ich delegaci.
Trzeba przyznać, że jeszcze w 1991 roku Marszewski podjął próby nieudolnego zacierania śladów. Nie może być to jednak skuteczne, bo zbyt wielu świadków tamtych czasów jeszcze żyje. Pamiętają go z czasów nie tylko tych, kiedy zwalniał górników KWK ,,Kurów", ale także z wcześniejszego okresu historycznego. Marszewski jest ,,dobrym" Przewodniczącym Regionu Solidarności na Śląsku - szczególnie dla swoich wrogów - bo skompromitowany!