Prymitywni złodzieje społecznych pieniędzy
Prokuratura Wojewódzka po kilkumiesięcznym śledztwie potwierdziła kradzież związkowych pieniędzy z kasy Zarządu Regionu Śląsko - Dąbrowskiej "Solidarności".
Tylko z pieniędzy stanowiących składki od członków związku skradziono około 300 tysięcy nowych złotych. Kasa ta, choć nie mała, stanowi zaledwie wierzchołek góry malwersacji. To, czym zajmowała się prokuratura określono jako "prymitywną kradzież" o "nieskomplikowanym mechanizmie". Fałszowanie dokumentów, podrabianie podpisów i wystawianie faktur na nieistniejące firmy, fałszowanie wyciągów bankowych, nielegalne wykorzystywanie funduszu PHARE, a także prymitywne wydrapywanie żyletką pozycji w księgach rachunkowych trwało blisko dwa lata. W tym czasie przewodniczącym Zarządu Regionu, personalnie odpowiedzialnym za funkcjonowanie związku i zwierzchnikiem podejrzanych o kradzież był obecny wojewoda Marek Kempski. Albo jest on kompletnie niekompetentny, albo nie potrafi dbać o społeczne mienie, albo coś więcej, skoro nie dostrzegł tego, że przez dwa lata z kasy nad którą miał nadzór wyciekały grube miliardy. Kempski publicznie chwali się również tym, że przez kilka miesięcy zwlekał z zawiadomieniem o przestępstwie prokuratury. Choć od lutego ubiegłego roku wiedział już o kradzieży opóźnił złożenie doniesienia. Dopiero w sierpniu 1997 roku Kempski został zmuszony do złożenia zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa.
Kłamie również, twierdząc, że zwolnił zamieszanych w kradzież pracowników. Wszyscy oni odeszli za wypowiedzeniem, otrzymując odprawy, a także premie za sprawne prowadzenie księgowości Zarządu Regionu. Mówi się nawet o tym, że afera w ogóle nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby nie wewnętrzne rozgrywki w samej "Solidarności". Jednym słowem nie chodziło o wyjaśnienie sprawy, ale o to, że ktoś komuś umiejętnie
podłożył świnię.
Nie bez znaczenia jest również fakt, że Kempski nie miał już wyjścia, ponieważ kwity o aferze w Zarządzie Regionu fruwały już wśród lokalnych dziennikarzy. Kto odpowiada za przeciek, trudno powiedzieć! Wiadomo natomiast, że na aferze wygrali ci, którzy Kempskiemu chcieli zaszkodzić. Wygrał Krzaklewski, któremu bokiem wychodziły wygórowane ambicje Kempskiego, coraz częściej goszczącego na warszawskich salonach. Wygrał również nowy pupilek Krzaklewskiego, obecny przewodniczący Zarządu Regionu Wacław Marszewski. Marszewski, będąc członkiem Regionalnej Komisji Rewizyjnej, przez dwa lata był ślepy na "prymitywne kradzieże". Wykazał się całkowitą ignorancją, albo świadomie przyzwalał na kradzież związkowych pieniędzy, licząc na to, że we właściwym czasie aferę tę wykorzysta. Nie bez znaczenia jest również to, że wszyscy zamieszani w aferę główni aktorzy spektaklu (Kempski, Krzaklewski, Marszewski) zawarli
swoiste przymierze.
Zmowę milczenia nad sprawą potwierdza również to, że wszyscy uczestniczący w aferze otrzymali coś na otarcie łez. Krzaklewski pozbył się Kempskiego, pozwalając mu miękko wylądować w Urzędzie Wojewódzkim. Marszewski został przewodniczącym Regionu, co pozwala zamieszanym w sprawę być spokojnymi, że będzie ją przykrywał, tak jak to robił przez szereg lat będąc w Komisji Rewizyjnej. Układ potwierdza również fakt, że dokonano wytypowania kozła ofiarnego. Jest nim najbliższy współpracownik wszystkich poprzednich przewodniczących Regionu, stary, dobry znajomy Krzaklewskiego, od szeregu lat etatowy, zaufany skarbnik Regionu Eberchard Pampuch. To na jego głowę zrzucono odpowiedzialność za złodziejstwo, które miało miejsce w Regionie, to na nim postanowiono urwać wszystkie nici. Biedny Eberchard mało się na tym wszystkim nie przejechał na tamten świat lądując w szpitalu. Podobno już zrezygnował z obrony wiedząc, że pokazując paluchem na innych, być może wyżej postawionych wspólników, może sobie tylko zaszkodzić. Los Pampucha zdaje się być - przesądzony, ,,beknie" za wszystkich. Trudno się dziwić, że skarbnik Pampuch pogodził się z tym, że koledzy postanowili na niego zrzucić piętno złodzieja. W takim stawianiu sprawy pomaga niewątpliwie stanowisko prokuratury, która boi się przesłuchać wojewodę Kempskiego. To niesamowite, że wśród setek przesłuchanych osób nie znalazł się ten, który doniesienie składał i jednocześnie powinien o sprawie wiedzieć całkiem dużo, będąc wtedy przełożonym osób w sprawę zamieszanych. To precedens na skalę niespotykaną, aby osoba odpowiedzialna za to, że przez długi czas wyciekały miliardy społecznych pieniędzy z kasy, nad którą miała nadzór, nie była nawet zapytana o to, jak coś takiego w ogóle było możliwe. Rozwiązanie tej zagadki może być tylko jedno; w zamian za ograniczenie swych politycznych ambicji Kempski uzyskał
glejt nietykalności.
Prokuratura o tym wie, dlatego gorącego woli się nie tykać aby nie ulec poparzeniu. Próżna i naiwna jest wiara szeregowych członków "Solidarności", że dowiedzą się co stało się z ich pieniędzmi. Beznadziejnym jest również oczekiwanie, że szeroko pojęta opinia publiczna dowie się o roli, jaką w aferze "prymitywnej kradzieży" odgrywały osoby pełniące dziś wysokie publiczne stanowiska. Dla gawiedzi przygotowano rozczulający spektakl z wytypowanymi kozłami ofiarnymi, skruszonymi i płaczącymi, gotowymi do zadośćuczynienia i zwrotu przypisywanych im sum skradzionych pieniędzy. Taki właśnie prymitywny spektakl odbył się podczas obrad V Walnego Zjazdu Delegatów Solidarności w październiku ubiegłego roku, kiedy to Kempski w histerycznym wystąpieniu zarządał indywidualnego przegłosowania wotum zaufania w stosunku do jego osoby, a występujący w jego obronie Marian Krzaklewski darł szaty, twierdząc że Kempski jest niewinny, a cała sprawa jest
ordynarną prowokacją
służb specjalnych, wymierzoną w Solidarność. Jaką rolę w tej ,,ordynarnej prowokacji" odgrywał zaufany, jeden z najbliższych współpracowników Krzaklewskiego, wieloletni skarbnik Zarządu Regionu Eberchard Pampuch, Krzaklewski delegatom nie wyjaśnił. Nigdy nie zostanie wyjaśnione jak to w ogóle było możliwe, aby ginęły miliardy pod nosem Kempskiego, Marszewskiego i wielu innych, aby latami trwały nadużycia, a jedynymi za to odpowiedzialnymi byli pomniejsi pracownicy Zarządu Regionu i czarna owca o słabym serduszku, która jeszcze kilkanaście miesięcy temu była osobą zaufaną. Prokuratura stawia zarzut zaboru około 3 mld starych złotych. Tyle podobno zginęło tylko ze składek członkowskich. Nie wyjaśnione zostało natomiast co z miliardami złotych, które przewalały się przez Zarząd Regionu z różnych źródeł. Co z ogromnymi środkami pomocowymi, w dyspozycji których była Śląsko - Dąbrowska ,,Solidarność"? Co z pieniędzmi z funduszu PHARE, do zbadania których w ogóle nie dopuszczono? To sprawa o kalibrze wielokrotnie przewyższającym wartość kradzieży, którą, z uwagi na międzynarodowe implikacje, nie objęto zarzutem, nigdy nie ujrzała światła dziennego. Mówi się o tym, że skala malwersacji na kontach przeznaczonych do obsługi środków PHARE grubo przekracza te "drobne" kwoty, które ginęły na pomniejszych szczeblach. Mówi się również o tym, że możliwa była bezczelna kradzież "drobnych", ponieważ proceder był powszechny i na szeroką skalę. Członkom NSZZ "Solidarność" radzimy zapytać co się stało z milionami ECU otrzymywanymi z środków pomocowych PHARE? Co z miliardami pochodzącymi ze sprzedaży udziałów posiadanych przez Zarząd Regionu w mediach ? Na te i inne odpowiedzi oczekiwać mogą naiwni, którzy nadal wierzą, że obecna "Solidarność", ma coś wspólnego z tą z roku 80 i 81. Wierzą i łudzą się, że dziś "Solidarność" nie jest
partią władzy
i trampoliną do karier politycznych i biznesowych dla nowej nomenklatury, która z PZPR wzięła wszystko co najgorsze. Od służalczego uznawania wyższości interesów obcych nad interesem własnego narodu zaczynając, na prymitywnym złodziejstwie kończąc, w myśl zasady, "skoro rządzimy to g... nam zrobią". Towarzyszy, których przyłapano na przekrętach odsuwa się na boczny tor, nie dlatego że kradli, lecz dlatego, że dali się złapać. W Komitecie Wojewódzkim NSZZ "Solidarność" w Katowicach taka właśnie zaraza wybuchła. Na krótko jednak, ponieważ współtowarzysze sprawnie zadbali o to, aby aferze łeb ukręcono przy samej d..., którą w tym przypadku okazała się być głowa Eberchada P.